sobota, 23 listopada 2013

Zanim umrę...

Dzisiaj chciałabym podjąć troszkę luźniejszy temat. Nie będę się za bardzo rozpisywać, tylko przedstawię w punkach moje największe marzenia, które chciałabym spełnić w trakcie mojego życia, czyli zanim umrę.

Zanim umrę, chciałabym...

1. Zakochać się z wzajemnością.
2. Zamieszkać w Londynie.
3. Zagrać w filmie.
4. Znaleźć prawdziwego przyjaciela.
5. Odwiedzić wiele znanych miejsc na świecie - wejść na wieżę Eiffla, przespacerować się po murze chińskim, odwiedzić Taj Mahal, Hollywood, Las Vegas...
 .
.
6. Napisać książkę.
7. Mieszkać w wymarzonym domu.
8. Pływać z delfinami.
9. Nauczyć się strzelać z łuku.
10. Spędzić tydzień na bezludnej wyspie (coś w stylu survivalu).
.
.
11. Odwiedzić wszystkie miejsca, gdzie były kręcone moje ukochane filmy.
12. Spotkać Emmę Watson.
13. Sturlać się ze wzgórza z nudów.
14. Polecieć w kosmos.
15. Wziąć udział w charytatywnej wycieczce do Afryki, spotkać tutejsze dzieci, przebywać z nimi.
.

16. Studiować w Anglii.
17. Spróbować kremowego piwa.
18. Nauczyć się grać na skrzypcach.
19. Być najlepszą uczennicą w szkole.
20. Pilotować samolot.


 ***
Niby to niewiele, ale w miarę jak będę mi się przypominać kolejne marzenia, będę aktualizować listę.
Chcę na koniec przypomnieć, obwieścić, oznajmić itd., że od wczoraj w kinach możemy oglądać "W pierścieniu ognia". Oczywiście musiałam już film obejrzeć. Bardzo polecam, film genialny. Zresztą nie potrafię go skrytykować, jestem wielką fanką HG. Pozdrawiam i zachęcam do obejrzenia drugiej części przygód Katniss.

środa, 20 listopada 2013

Wspomnienia

Wzięło mnie na przemyślenia o dawnych czasach podczas spaceru z psem. Zresztą wtedy najczęściej nachodzą mnie filozoficzne wizje...
Tak więc przechodziłam po bardzo dobrze znanym mi osiedlu i myślałam, jak to było, kiedy bawiłam się tu z moimi małymi rówieśnikami. Wtedy żyłam sobie w dziecięcym świecie, uważałam, że wszystko jest takie dobre i kolorowe. Teraz patrzę na życie szaro, ale dzisiaj jednak wprowadzę trochę pozytywnego myślenia do posta i przedstawię te małe, aczkolwiek bardzo miło przeze mnie wspominane sytuacje.


Byłam sobie małym zerówkowiczem, a dokładniej Puchatkiem. W moim małym kolorowym życiu zagościły dwie osoby, z którymi nadal widuję się na co dzień i które nadal są tak nieogarnięte jak kiedyś. Zachciałyśmy pełnej dominacji wśród Puchatków, nie mogłybyśmy pozwolić, żeby jakieś młodsze o rok dziewczynki dyktowały nam, co mamy robić. Zaczęłyśmy je straszyć zjawami. Zdziwiła mnie wyobraźnia moich koleżanek, gdyż jedna z nich opowiadała historie prawie jak z horroru. Najzabawniejsze było to, że sama się bałam. Z biegiem czasu przestałyśmy o tym mówić, gdyż straszyłyśmy się nawzajem i bądź co bądź nie wychodziło nam to na dobre. 
Potem byli typki spod ciemnej ulicy, czyli ja i trzech moich kuzynów. Przebywanie z nimi przez pewien czas wspominam naprawdę miło, mimo że same kontakty rodzinne nie były i nie są dobrze zachowane. Ale wtedy byłam dzieckiem i żyłam w innym świecie, prawda? Stałam się małą chłopczycą, joł, gangsta i te sprawy. Ale mówiąc całkowicie na poważnie, to owszem, lubiłam bawić się z chłopakami, grać z nimi w wyścigi samochodowe i właśnie być joł gangsta typkami. Chodziliśmy wieczorami przed domem wujostwa, "dewastowaliśmy" drzewa (co z prawdziwą dewastacją nie miało nic wspólnego), robiliśmy niebezpieczne zdjęcia... Strach się bać!
Bardzo często również spędzałam czas z chłopakami z mojej klasy. Pamiętam jak razem z kolegą przychodziliśmy do siebie nawzajem i siedzieliśmy do wieczora. U mnie najczęściej graliśmy w gry planszowe, a u niego na komputerze w "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu". Z jedną koleżanką uzależniłyśmy się od patrzenia, jak gra nasz towarzysz i odwiedzałyśmy go codziennie. Nie wspomnę, że obie byłyśmy (i jesteśmy!) wielkimi fankami HP.


W okresie szkolnym również było ciekawie. Moda na karteczki, pamiętniki, gazetki WITCH... Było tego masę. Razem z koleżankami założyłyśmy swój wspólny zeszyt, w którym pisałyśmy na zmianę takie po prostu notki. Był to naprawdę bardzo fajny pomysł, myślałam, że przez to bardziej zbliżymy się do siebie i będziemy prawdziwymi przyjaciółkami. Skończyło się jak się skończyło, a zeszyt, zapomniany, wylądował u mnie i nadal leży w jednym z pudeł na stare graty. Chętnie jednak, przede wszystkim podczas porządków, wracam do niego i czytam pierwsze wpisy, które były najbardziej regularne (wspomnę, że była określona kolejka do posiadania zeszytu).
Szkoła szkołą, ale co pewien czas, jak to w podstawówce, ludzie wyprawiali urodziny. Bardzo wesoło wspominam te przyjęcia. Nie było takiego, na którym nie stałoby się coś zabawnego. Raz bawiąc się w chowanego z koleżanką uciekłyśmy do łazienki, schowałyśmy się pod prysznicem, który niestety przez dziwną niezrozumiałą czarną magię włączył się i wyszłyśmy z łazienki całe mokre. Potem ktoś przewrócił choinkę, regał, telewizor, komputer, zrzucił lampę z sufitu, wylał sok, wywalił ciasto, zalał łazienkę, zepsuł drzwi... Innymi słowy, udane urodziny były wtedy, kiedy coś się zniszczyło.
Wakacje spędzałam najczęściej u babci na wsi. Wtedy, dzięki moim namowom, przyjeżdżała dwa lata starsza kuzynka. Po którymś roku spotkań w lato zaczęłyśmy kręcić pełnometrażowe profesjonalne filmy fabularne. Tak to pokochałyśmy, że do teraz, za każdym razem kiedy się widujemy, wracamy do poprzednich odcinków i robimy nowe, coraz to lepsze. Niestety od dwóch lat się nie widziałyśmy i wątpię w kolejne wygłupy przed kamerą. Teraz, przede wszystkim kiedy internet wysiada, z nudów zajmuję się przeróbką tych filmów i powiem szczerze, że jestem zadowolona z moich prac. Chętnie bym je tu wstawiła, ale nie zrobię tego przede wszystkim ze względu na moją anonimowość.
Inną zabawą, w przerwie kręcenia pełnometrażowych profesjonalnych filmów fabularnych, była wielka akcja super-agentek w pobliskiej stodole wujka (nie tego od typków). Nie wiem dlaczego taką frajdę sprawiało mi chodzenie po wielkich kostkach siana i słomy, ale teraz mam po tym niesamowite wspomnienia. Zakradałyśmy się do stodoły, chowałyśmy się przez złą ciotką i "buszowałyśmy" pomiędzy kolejnymi wieżami ze słomy sięgającymi aż do dachu. Wchodziłyśmy na samą górę i po prostu tam siedziałyśmy. Zwykła rzecz, ale dla mnie bardzo ważna.

Wiem, to co piszę jest właściwie bez ładu i składu. Nie wiem jak ładnie przejść z jednych wspomnień do drugich, po prostu opisuję te najważniejsze dla mnie wydarzenia, którymi tak bardzo chciałabym się podzielić. Te małe rzeczy, jak gra w "Więźnia Azkabanu" (w którego nie miałam okazji grać sama i w końcu w akcie desperacji kupię tę grę bądź pożyczę od kolegi, o którym wspominałam) lub nagrywanie filmów są dla mnie takim wspomnieniem starych dobrych czasów.
Wiele tych słów, które znajdują się w powyższym tekście wprowadziłam teraz, nie kiedyś. Patrząc dziś na te wydarzenia nadaję im nowe nazwy, np. gangsta (wtedy nie znałam tego słowa) lub sarkastyczne pełnometrażowy profesjonalny film fabularny. Ma to w sobie pewien żart, chcę wprowadzić nieco humoru do moich wspomnień, przede wszystkim jeśli opisuję je w sieci.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym dość długim monologiem. Jeśli nadal żyjecie, to zachęcam do przedstawiania swoich własnych wspomnień z dzieciństwa.
Pozdrawiam.

sobota, 16 listopada 2013

Bez okrucieństwa

Dzisiaj chciałabym podjąć jeden z ważniejszych tematów, a mianowicie dotyczący testowania na zwierzętach. Testowania czego? Przede wszystkim kosmetyków, które tak bardzo kochamy.
Co chwilę w laboratorium naszych ulubionych firm biedne zwierzęta podejmowane są testom, które nie tylko zadają im wiele cierpienia, ale również mogą być powodem ich śmierci. Dlaczego tak się dzieje? Taki sposób sprawdzania bezpieczeństwa produktów jest najtańszy. Człowiek podporządkował sobie zwierzęta i zrobił z nich zabawki, nie licząc się z ich odczuciami, zapominając o tym, że ma do czynienia z istotą żywą. Mogłoby się wydawać, że taki alternatywny sposób testowania produktów wykorzystują tylko biednie firmy, których nie stać na zaawansowane maszyny do np. testów in vitro. Nic bardziej mylnego. Żyjemy w świecie, gdzie rządzi pieniądz, więc nawet ogromne korporacje decydują się na zmniejszenie kosztów produkcyjnych, wprowadzając w ten sposób testy na zwierzętach.
Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę i po prostu kupują kosmetyki takie, jakie im odpowiadają. Jeśli jednak jesteśmy świadomi, że zwierzęta cierpią na takiej błahostce, jaką może być szampon do włosów czy też mydło, powinniśmy zmienić nasze przyzwyczajenia. Skutkiem tego może być utrata ulubionych specyfików, ale chyba jesteśmy w stanie z nich zrezygnować dla dobra naszych ulubieńców.
Przejdźmy do tego, jakich firm powinniśmy unikać, a jakie powinniśmy wspierać. Przedstawiam pełną listę kosmetyków (nie)testowanych na zwierzętach [link], za co dziękuję stronie wizaz.pl.
Z listy wynika, że takie firmy jak Garnier-L'Oreal, Colgate-Palmolive, Procter&Gamble, Unilever i wiele wiele innych angażują się w testy na zwierzętach. To przykra wiadomość, gdyż kosmetyki tych firm zajmują ponad połowę miejsca w sklepie. Czy wiesz, że Procter&Gamble to takie produkty jak Pantene, Head&Shoulders, Wella, Gillette, Olay, Oral-B, Blend-a-med, Always, Naturella itd.? Wiele z nich pewnie goszczą na waszych półkach, a czasem nawet są waszymi ulubieńcami.
Jak już wspominałam, te produkty można zamienić na inne, które oznaczone są jako firmy bezpieczne. Wystarczy mieć trochę determinacji i chęci, aby znaleźć taki, który odpowiada nam w tym samym stopniu, co ten zły.
Mam nadzieję, że jest coraz więcej osób, które zdają sobie sprawę z tego problemu. A jeżeli są tacy, którzy dowiedzieli się o tym z mojego bloga, liczę na to, że zmienicie swoje przyzwyczajenia dla dobra zwierząt.


poniedziałek, 11 listopada 2013

Siedzę i piszę o życiu

Witam. Już przepraszałam za moją nieobecność na moim drugim blogu, ale robię to ponownie, bo może nie każdy czyta tamtego. Więc przepraszam. Oczywiście najlepszą wymówką jest szkoła (przy czym to nie jest kłamstwo), ale również nie miałam i nie mam weny twórczej ani tematów do pisania. Dlatego jakże kreatywny tytuł "Siedzę i piszę o życiu". Tak się dzieję. Jest wolny poniedziałek, przed południem, rodziców nie ma w domu, mam trochę wolności ze względu na ich nieobecność... no i piszę. Siedzę i piszę. Pomijając takie szczegóły jak funkcje życiowe. Siedzę, piszę, myślę, oddycham. Skupiam się na pisaniu - o czym piszę? O życiu. Wszystko co robię związane jest z życiem, więc nagłówek posta jak najbardziej pasuje do mojego dzisiejszego stanu.
Nie wiem co ze sobą zrobić. Przez te 3 dni odzwyczaiłam się od szkoły i nie chcę do niej wracać. Czasami żałuję, że właśnie do niej poszłam, że właśnie tam złożyłam papiery na właśnie taki profil. Co ja będę mieć po liceum? Tak, uczę się dobrze, jestem na wyższym poziomie niż przeciętny uczeń mojej szkoły, ale czy to wystarczy, żeby z napisaną głupią maturą dostać się na studia? Na razie moje życie było proste, wszystko w miarę mi się udawało, ale to już jest coś więcej. Nie wiem dlaczego narodził się taki stereotyp, że technikum jest gorsze. Większość moich znajomych poszło do liceum, mimo że uczą się bardzo przeciętnie. Połowę z nich widzę w szkole zawodowej, a nie w takiej, po której dosłownie nic nie mają. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby pójść na czteroletnią naukę do technikum. Dlaczego więc poszłam do szkoły, która nic mi nie da? Nie wiem. Naprawdę. Myślałam, że w liceum wszystko jest na poziomie, ale teraz, po ponad dwóch miesiącach nauki wszystko wydaje się przeciwne temu, co obiecywali.
Jednak ja mam swoje plany na przyszłość. Mam małą nadzieję, że jakoś sobie poradzę i że dobrałam odpowiednie przedmioty, które pomogą mi w dostaniu się na dobre studia, może mi się uda. Ale ostatnio bardzo zdziwił mnie fakt, że połowa mojej klasy nie wie, co robi w tej szkole, na tym profilu. Nie mają planu na życie. Czasami patrzę na osoby, z którymi chodzę na lekcje i nadal widzę tę grupę uczniów z gimnazjum, w której jeden jest dobry z matmy, inny z polskiego, a jeszcze inny rozumie niemiecki. Teraz jest nadal tak samo, mimo że wszyscy powinni lubić biologię i ją rozumieć. A jest wręcz przeciwnie! Może to i lepiej? Może niepotrzebnie się martwię, jeśli chodzi o konkurencję w sprawie studiów?
Z powyższego zdania wynika, że jestem egoistką. Jestem. Naukę traktuję nie tylko jak zdobywanie wiedzy, ale również jako rywalizację. Lubię być najlepsza i cieszy mnie fakt, że w klasie mam mało osób, które uczą się naprawdę dobrze. Jestem egoistką wśród rówieśników, staram się dobrze ustawić, nie zważam na innych. To złe zachowanie, przynajmniej teoretycznie. Pewnie dla tych co to czytają, jestem teraz złym charakterem. Ale nie myślę cały czas o sobie. Potrafię pomóc, współczuć... Tylko kiedy uznam to za słuszne. Nie jestem w stanie współczuć koleżance, bo dostała gorszą ocenę ode mnie. Mój wrodzony, ukryty głos rywalizacji nie pozwala mi na to. Przeciwnie, w głębi ducha cieszę się, że jestem lepsza.
Nie wiem jak jest z innymi osobami. Może inni po prostu fałszywie współczują? Mam nadzieję, że nie jestem jedyna, która zachowuje się tak arogancko i egoistycznie.
Wbrew pozorom, potrafię współczuć. Ale nie w np. szkolnym życiu. Wiem, kiedy ktoś naprawdę cierpi i kiedy to nie odbija się to na mojej korzyści. Chcę pomagać.
Ehh, moje słowa są... dziwne. Piszę co mi wpadnie pod place. Z biegiem czasu poznajecie mnie bardziej, również z tej innej strony. Jestem anonimowa, mogę przelać to co myślę na bloga, bez zobowiązań, bez późniejszych konsekwencji. Potrzebuję jedynie zrozumienia, mimo że nie jestem idealna i nie odpowiadam Waszemu wyobrażeniu mojej osoby. Czasem sama siebie nie rozumiem, jestem zmęczona sobą...