Wzięło mnie na przemyślenia o dawnych czasach podczas spaceru z psem. Zresztą wtedy najczęściej nachodzą mnie filozoficzne wizje...
Tak więc przechodziłam po bardzo dobrze znanym mi osiedlu i myślałam, jak to było, kiedy bawiłam się tu z moimi małymi rówieśnikami. Wtedy żyłam sobie w dziecięcym świecie, uważałam, że wszystko jest takie dobre i kolorowe. Teraz patrzę na życie szaro, ale dzisiaj jednak wprowadzę trochę pozytywnego myślenia do posta i przedstawię te małe, aczkolwiek bardzo miło przeze mnie wspominane sytuacje.
Byłam sobie małym
zerówkowiczem, a dokładniej Puchatkiem. W moim małym kolorowym życiu zagościły dwie osoby, z którymi nadal widuję się na co dzień i które nadal są tak nieogarnięte jak kiedyś. Zachciałyśmy pełnej dominacji wśród Puchatków, nie mogłybyśmy pozwolić, żeby jakieś młodsze o rok dziewczynki dyktowały nam, co mamy robić. Zaczęłyśmy je straszyć zjawami. Zdziwiła mnie wyobraźnia moich koleżanek, gdyż jedna z nich opowiadała historie prawie jak z horroru. Najzabawniejsze było to, że sama się bałam. Z biegiem czasu przestałyśmy o tym mówić, gdyż straszyłyśmy się nawzajem i bądź co bądź nie wychodziło nam to na dobre.
Potem byli
typki spod ciemnej ulicy, czyli ja i trzech moich kuzynów. Przebywanie z nimi przez pewien czas wspominam naprawdę miło, mimo że same kontakty rodzinne nie były i nie są dobrze zachowane. Ale wtedy byłam dzieckiem i żyłam w innym świecie, prawda? Stałam się małą chłopczycą, joł, gangsta i te sprawy. Ale mówiąc całkowicie na poważnie, to owszem, lubiłam bawić się z chłopakami, grać z nimi w wyścigi samochodowe i właśnie być
joł gangsta typkami. Chodziliśmy wieczorami przed domem wujostwa, "dewastowaliśmy" drzewa (co z prawdziwą dewastacją nie miało nic wspólnego), robiliśmy niebezpieczne zdjęcia... Strach się bać!
Bardzo często również spędzałam czas z chłopakami z mojej klasy. Pamiętam jak razem z kolegą przychodziliśmy do siebie nawzajem i siedzieliśmy do wieczora. U mnie najczęściej graliśmy w gry planszowe, a u niego na komputerze w "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu". Z jedną koleżanką uzależniłyśmy się od
patrzenia, jak gra nasz towarzysz i odwiedzałyśmy go codziennie. Nie wspomnę, że obie byłyśmy (i jesteśmy!) wielkimi fankami HP.
W okresie szkolnym również było ciekawie. Moda na karteczki, pamiętniki, gazetki WITCH... Było tego masę. Razem z koleżankami założyłyśmy swój wspólny zeszyt, w którym pisałyśmy na zmianę takie po prostu notki. Był to naprawdę bardzo fajny pomysł, myślałam, że przez to bardziej zbliżymy się do siebie i będziemy prawdziwymi przyjaciółkami. Skończyło się jak się skończyło, a zeszyt, zapomniany, wylądował u mnie i nadal leży w jednym z pudeł na stare graty. Chętnie jednak, przede wszystkim podczas porządków, wracam do niego i czytam pierwsze wpisy, które były najbardziej regularne (wspomnę, że była określona kolejka do posiadania zeszytu).
Szkoła szkołą, ale co pewien czas, jak to w podstawówce, ludzie wyprawiali urodziny. Bardzo wesoło wspominam te przyjęcia. Nie było takiego, na którym nie stałoby się coś zabawnego. Raz bawiąc się w chowanego z koleżanką uciekłyśmy do łazienki, schowałyśmy się pod prysznicem, który niestety przez dziwną niezrozumiałą czarną magię włączył się i wyszłyśmy z łazienki całe mokre. Potem ktoś przewrócił choinkę, regał, telewizor, komputer, zrzucił lampę z sufitu, wylał sok, wywalił ciasto, zalał łazienkę, zepsuł drzwi... Innymi słowy, udane urodziny były wtedy, kiedy coś się zniszczyło.
Wakacje spędzałam najczęściej u babci na wsi. Wtedy, dzięki moim namowom, przyjeżdżała dwa lata starsza kuzynka. Po którymś roku spotkań w lato zaczęłyśmy kręcić
pełnometrażowe profesjonalne filmy fabularne. Tak to pokochałyśmy, że do teraz, za każdym razem kiedy się widujemy, wracamy do poprzednich odcinków i robimy nowe, coraz to lepsze. Niestety od dwóch lat się nie widziałyśmy i wątpię w kolejne wygłupy przed kamerą. Teraz, przede wszystkim kiedy internet wysiada, z nudów zajmuję się przeróbką tych filmów i powiem szczerze, że jestem zadowolona z moich prac. Chętnie bym je tu wstawiła, ale nie zrobię tego przede wszystkim ze względu na moją anonimowość.
Inną zabawą, w przerwie kręcenia
pełnometrażowych profesjonalnych filmów fabularnych, była wielka akcja super-agentek w pobliskiej stodole wujka (nie tego od typków). Nie wiem dlaczego taką frajdę sprawiało mi chodzenie po wielkich kostkach siana i słomy, ale teraz mam po tym niesamowite wspomnienia. Zakradałyśmy się do stodoły, chowałyśmy się przez złą ciotką i "buszowałyśmy" pomiędzy kolejnymi wieżami ze słomy sięgającymi aż do dachu. Wchodziłyśmy na samą górę i po prostu tam siedziałyśmy. Zwykła rzecz, ale dla mnie bardzo ważna.
Wiem, to co piszę jest właściwie bez ładu i składu. Nie wiem jak ładnie przejść z jednych wspomnień do drugich, po prostu opisuję te najważniejsze dla mnie wydarzenia, którymi tak bardzo chciałabym się podzielić. Te małe rzeczy, jak gra w "Więźnia Azkabanu" (w którego nie miałam okazji grać sama i w końcu w akcie desperacji kupię tę grę bądź pożyczę od kolegi, o którym wspominałam) lub nagrywanie filmów są dla mnie takim wspomnieniem starych dobrych czasów.
Wiele tych słów, które znajdują się w powyższym tekście wprowadziłam teraz, nie kiedyś. Patrząc dziś na te wydarzenia nadaję im nowe nazwy, np. gangsta (wtedy nie znałam tego słowa) lub sarkastyczne
pełnometrażowy profesjonalny film fabularny. Ma to w sobie pewien żart, chcę wprowadzić nieco humoru do moich wspomnień, przede wszystkim jeśli opisuję je w sieci.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym dość długim monologiem. Jeśli nadal żyjecie, to zachęcam do przedstawiania swoich własnych wspomnień z dzieciństwa.
Pozdrawiam.