poniedziałek, 30 grudnia 2013

Drugi świat

Na co dzień żyję w tym realnym, rzeczywistym i ekstremalnie normalnym świecie, w którym, jak każdy wie, jest... normalnie. "Normalność nudzi", powiedział André Harris do Tori Vega w drugim odcinku Victorii. Ja, aby chodź na chwilę odejść od tej nudnej rzeczywistości, uciekam do marzeń. W głowie układam tysiące historii, idealnie dopracowanych, zawierających niesamowite wyobrażenie zupełnie innego, drugiego świata. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, za każdym razem, kiedy powracam do danej (wymyślonej) sytuacji, coraz bardziej zagłębia się ona w mojej głowie. Powstaje z tego niesamowita historia, z której na marginesie jestem bardzo dumna. Nic, tylko ją spisać. Gdybym naprawdę chciała się zaangażować w opisanie tego wszystkiego... chyba by mnie to przytłoczyło. Dopiero wtedy zdałabym sobie sprawę, jak mało zrobiłam w tym kierunku. W mojej idealnej powieści brakuje tyle wydarzeń, nie jest ani trochę spójna. Najczęściej skupiam się na poszczególnych chwilach, jednakże właśnie te momenty są tak bardzo dopracowane.
A o czym myślę? Niewątpliwe, że o swoim idealnym życiu, napajam się tym, czego w prawdziwym świecie nigdy nie zrobię, nie jestem w stanie, tym co jest nierealne. Wyrywam się z nudnej rzeczywistości.


wtorek, 10 grudnia 2013

Głupia zakochana ja

Nie ma dnia, w którym nie wytykałabym sobie, że jestem głupia. Najczęściej jest to tuż po jakichś kompromitujących sytuacjach, złych słowach, dziwnych zachowaniach. Ale takie rzeczy da się przewidzieć. Mogę je zmienić, wystarczy, że będę się kierować zasadą najpierw myśl, potem mów. Tyle w teorii. W praktyce jednak dominuje moja pierwsza reakcja, która nie zawsze (a raczej bardzo często) okazuje się niewłaściwa. Jednakże wracając do panowania nad tymi słowami i czynami - owszem, w pewnym stopniu jestem w stanie je zmienić, żeby uniknąć upokorzenia lub dziwnych spojrzeń.
Najgorszą jednak rzeczą w mojej głupocie jest wyklęty przeze mnie mój mózg. Jego pewna część, która rządzi się własnymi prawami dominuje nad rozsądkiem i prowadzi mnie ku kompromitacji. Nie tylko kompromitacji wśród ludzi, również do takiej samotnej. Czuję się upokorzona sama przed sobą, osądzam się za bezsilność w starciu z tym głosem w głowie, który właściwie panuje nad całym moim ciałem. A co mnie tak najbardziej irytuje w tym wszystkim?
Głupia zakochana ja - najprostsze określenie mojej osoby. Myślałam, że jestem silna i panuję nad swoimi myślami, że panuję nad otaczającym mnie światem. Jednak mój rozsądek, kiedy tego nie dopilnuję, ustępuje miejsce tej złej stronie. Może nie złej, ale na pewno niekorzystnej. Zamiast skupić się na ważnych rzeczach, ja odpływam myślami. Mam bardzo dużą tendencję do szybkiego zakochiwania się. To nic fajnego, przeciwnie, przekleństwo. Czasami jest tak, że nie potrafię o niczym innym myśleć. Oby dwie strony walczą ze sobą - jedna aż krzyczy "Spójrz na mnie!", za to druga stara się sprawiać wrażenie niezainteresowanej. Jak to się kończy? Nijak. Odpływam w swój własny świat, rozdarta na dwa fronty. Z jednej strony pragnę, żeby zwrócił na mnie uwagę, z drugiej chcę uciekać, bo wiem, że mimo wszystko nic z tego nie będzie, nie chcę zaprzątać sobie myśli niepotrzebnymi sprawami. Hamują mnie moja nieśmiałość (z którą jest różnie - nie chodzi o to, że boję się rozmawiać z chłopakami, przeciwnie, lepiej dogaduję się z nimi niż z niektórymi dziewczynami. Mam na myśli raczej fakt, że nie potrafię zagadać pierwsza, zaprosić na Facebooku... nie potrafię być inicjatorem, to nie moja gra) oraz niska samoocena. To drugie nie daje mi żyć.


Nie lubię siebie. Dzisiaj i przez kilka poprzednich dni przechodzę ten sam kryzys, który bardzo często się powtarza. Wiem co pisałam wcześniej - każdy nie jest idealny, kochajmy siebie, blablabla... Teraz mnie to nie obchodzi. Czuję się brzydka i wstydzę się tego. Nie lubię chodzić do szkoły, nie lubię pokazywać się ludziom. Nie lubię, kiedy ktoś mi się podoba, bo wiem, że ja jemu na pewno nie. Dlatego tak bardzo jestem rozdarta w kwestii moich sympatii. Dlatego za wszelką cenę mój rozsądek unika tych naturalnych zachowań, które dałyby coś po mnie znać. Czasami robię sobie nadzieje, a może jednak nie jest tak źle, jednak potem wszystko wraca. I tak jest nadal.

sobota, 7 grudnia 2013

Nic specjalnego


Nudzi mnie to wszystko. Może i jestem odwiecznym pesymistą, ale nic mnie nie cieszy w tym codziennym rytualne. Wszystko jest takie samo. Tydzień goni tydzień, każdy dzień to odczuwalny poniedziałek.

Shortest horror story: Monday

Jak co tydzień, w sobotę poświęcam calutki dzień mojemu najlepszemu przyjacielowi - panu Laptopowi. Rodzice jadą na działkę, a ja, do południa w piżamie, siedzę zgarbiona przed monitorem i psuję nie tylko wzrok, ale również mój krzywy już kręgosłup. Mimo to, że mam cały dzień zmarnowany, to przynajmniej mam z głowy wirtualne sprawy na cały tydzień. Post na blogu? Nowy odcinek serialu? Wszystko to robię w sobotę, żeby nie mieć zawalonej głowy sieciowymi sprawami w resztę dni. Dzisiaj załatwiłam ocenę w ocenialni, w której od niedawna pracuję, dziesięć odcinków "Seksu w wielkim mieście" (który wczoraj postanowiłam oglądać od samego początku) i oczywiście post, który aktualnie piszę. Na nim właściwie skończę, bo czeka na mnie jakże kochany angielski... Nie na długo, bo o 20:25 "Casino Royale". Tak więc wyglądają moje plany na dzisiejszą sobotę.

Nie wiem o czym więcej mam napisać. Długo nie pojawiały się notki przede wszystkim właśnie z tego powodu. Dzisiaj jestem w... dziwnym nastroju. Nie czuję się smutna, ale też nie czuję się szczęśliwa. Wspominając wyżej, nudzi mnie życie. Gdyby to wszystko było takie lekkie, takie zmienne... Wiem, to głupie porównanie, o którym zaraz wspomnę - gdyby można było zmienić życie. Grając w grę The Sims kiedy znudzi Ci się dana rodzina, zmieniasz ją. Raz jesteś podróżnikiem, innym razem prawnikiem, lekarzem albo kimś złym. Robisz z życiem co chcesz. Dlaczego jesteśmy w takiej sytuacji, że nie możemy zmienić naszego życia, nie możemy zmienić siebie? Dlaczego jestem skazana na swoją osobę? I to przez całe życia, a według mojej wiary (której czasami nie potrafię pojąć, ale o tym napiszę osobną notkę), nawet po śmierci.
Teoretycznie można zmienić życie, obrócić je nawet o 180 stopni. Ale co, jeśli ktoś nie ma problemu ze swoją sytuacją, ale ze sobą? Co jeśli nie chce już być sobą? Co jeśli nie lubi siebie? Taka sytuacja nie ma wyjścia. I co wtedy...?