Odrzucając kolejny temat, o którym pisałam w czwartek, zapominając o nim i nie wracając do niego, zaczynam kolejny dzień, kolejny post z kolejnymi przemyśleniami. To co pisałam ostatnio było w niedalekiej przeszłości, ale porównując to ze zmianami zachodzącymi w mojej głowie niemal cały czas, tamte słowa były puste. Ja po prostu wstydzę się tego, co ostatnio pisałam. I tak jest zawsze. Wszystko galopuje naprzód i to, co uważałam za bardzo dołujące i ekstremalnie ważne, dzisiaj, po kilku dniach jest zupełną odwrotnością mnie. Mam bardzo, ale to bardzo zmienny nastrój i rano czuję się dobrze, a wieczorem skłania mnie do opisywania mojego nędznego życia. Dzisiaj zapominam na smutkach, które wydają się denne i niewarte uwagi, a przełączam się w tryb pozytywnego myślenia. Bo będąc szczerą, czemu ja się tak martwię i przejmuję tym wszystkim? Właściwie to niczym... Ja chyba nie wiem co to są problemy i nieszczęście. Teoretycznie powinnam być szczęśliwa - mam dosłownie wszystko, a bez tego czego nie mam, mogę spokojnie żyć. Na co dzień nie zwracam uwagi na to, jakie mam szczęście w posiadaniu tych zwykłych, prostych ale i bardzo ważnych rzeczy. Tymi nietrafnie nazwanymi rzeczami są oczywiście najprostsze jednostki takie jak kompletna rodzina, zdrowie, dobry stan materialny - ogólne pojęcia szczęścia, które niestety nie dotyczą każdego. Trudno jest zdać sobie sprawę z tego, że mamy to wszystko; czasem się zapominam i użalam się nad sobą - bo to, bo tamto. Dzisiaj jednak jest jednym z tych dni, w których naprawdę pamiętam o tym szczęściu i jestem mu wdzięczna. Mam również oparcie w mojej religii. Wspominałam, że kiedyś przejdę do tego tematu i tutaj właśnie chciałabym go poruszyć. W dzisiejszych czasach jakoś odczuwam religię jako coś słabego (?). Spotkałam się z tym, że ludzie dziwnie reagują na wiadomość, że byłam ze znajomą w kościele. Sama czasem ulegam wstydowi (potem zastanawiam się dlaczego) i z niechęciom o tym wspominam. Traktuję to jako sprawę osobistą, dopiero w sieci nauczyłam się otwierać na różne tematy, również ten. Ja wierzę w Boga, ale czuję się mała i rozdarta, ciężko jest mi czasem w tym trwać. Nie jestem humanistą, nie szukam dziury w całym, tylko oczekuję ścisłych dowodów, faktów. Dlatego tak bardzo dziwię się, że jeszcze trzymam się kurczowo Boga. Oczywiście, nie wyobrażam sobie chyba zaprzestania wiary w cokolwiek. Mało mamy dowodów, ale ja za pomocą determinacji i swojego własnego nakazu wierzę w to, w co powinnam i próbuję odnieść to do rzeczywistości. Najprostsze zjawiska tłumaczę sobie obecnością siły wyższej. Kiedy wątpię, jakby przypominam sobie jak powstał wszechświat (od Wielkiego Wybuchu, którego inicjacja jest tak bardzo niezrozumiała i nierealna, że pewnie mieszał w tym ktoś wyższy), uświadamiam sobie ile wiernych jest na świecie oraz myślę, jakim wspaniałym człowiekiem był nas papież Polak i również jest teraz Franciszek. Nie jestem jedyną osobą, która wpada w rozterki co do swojej wiary i nie jestem jedyną osobą, która wierzy. Przeżyłam dopiero głupie szesnaście lat i to moje życie nie jest inne od wszystkich na Ziemi. Nie wiem dlaczego tak bardzo zamartwiam się, że wszystko mi się nie powiedzie, że tak bardzo boję się co będzie jutro, za kilka lat, po śmierci, skoro ludzi jest tyle... Każdy z nich żyje tak jak ja, a ja jestem kolejnym pionkiem w grze, który za chwilę upadnie, a cały świat tego nie odczuje. Trudno mi o tym pisać zrozumiale, po prostu jako jednostka, każdy z nas żyje swoim życiem, aż do śmierci, która... z obiektywnego punktu widzenia jest normalna, ale z subiektywnego po prostu jesteśmy... kaput. Sam fakt, że potrafię myśleć jest niesamowity. Wszyscy ludzie, tak jak i zwierzęta, są układem mięśni, nerwów. Dlaczego i jak właśnie ja mogę myśleć tak abstrakcyjnie, snuć plany, wyciągać wnioski, pisać właśnie to, co myślę i układać w to dobrze dobrane zdania? Jak mogę wyobrażać sobie nieznane mi sytuacje czytając książki, jak mogę wierzyć w coś nieprawdopodobnego, czego nie jestem w stanie zobaczyć? To wszystko jest takie niesamowite, odkrywanie najmniejszej komórki ciała i zrozumienie jej działania jest porównywalne do poszerzania swojego wyobrażenia o wszechświecie, którym się tak fascynuję. Wszystko jest takie wielkie, nieskończone, a jednocześnie zbudowane z takich mikrych niewidocznych stworzonek, komóreczek... I jak to jest, że możemy myśleć tak świadomie, mimo że jesteśmy takim prostym organizmem, zbudowanym z takich prostych materiałów? Myśleć sensownie i dokonywać swoich wyborów. Ja mam zamiar żyć i pozostawić coś z tego życia, nie być kolejnym natrętnym człowiekiem, który tylko niszczy i korzysta, ale nic nie daje (jak to mamy w naturze). Teraz, siedząc przed laptopem i pisząc te słowa, z Majką na kolanach, dziękuję Panu, że mam takie dobre życie, dziadków, którzy co chwilę pytają czy nie jestem głodna, rudego psa, który tak zawzięcie domaga się mojej uwagi i przeszkadza mi w pisaniu, oraz że mam tak wielkie ambicje. Chciałabym działać i zrównoważyć to szkodzenie naszemu światu robiąc coś dobrego.
Słowa może nie mają większego sensu czytając je po sobie. To co piszę to tylko mała część tego, co mam w głowie. Z prostego pozytywnego przesłania przeszłam do mojej wiary, a z tego do teorii wszechświata - tak bywa. Jeśli rozumiesz o czym pisze i co mam na myśli, to składam serdeczne gratulacje, bo sama nie do końca siebie rozumiem. Haha, czytając to co napisałam chyba wyszłam na fanatyczkę religijną i szukają drugiego dna filozofkę - powtarzając, tak bywa.
...chyba zmienię blog na prywatny, za dużo głupot tu piszę. Pozdrawiam!
wtorek, 28 stycznia 2014
czwartek, 23 stycznia 2014
Podejdź bliżej, poznaj moje myśli
Chciałabym się bardziej otworzyć. Chciałabym przelać te wszystkie moje myśli w miejsce, gdzie będą do odczytania, ale z drugiej strony boję się reakcji. No i pozostaje również kwestia umiejętnego podzielenia się tym, co mi siedzi w głowie. Wszystko tak prosto pojawia się w świadomości, ale kiedy przychodzi czas na otwarcie się, umiejętność pięknego układania słów i przekazywania tego w dobry, zrozumiały sposób, nagle znika, a wiele przemyśleń sytuacji tracą sens lub go zmieniają. Z pięknej historii miłosnej, w której tworzeniu często zagłębiam się w samotności, wychodzi puste erotyczne opowiadanie, a moje mniemania o życiu mogą zostać zrozumiane, że chcę zakończyć żywot. Bardzo trudno jest pozbierać wszystko do jednej kupy i opisać to tak, aby w stu procentach zgadzało się z rzeczywistością. Z doświadczenia jednak wiem, że wszystko co mówię, uprzednio dokładnie przemyślane, zawsze wychodzi zupełnie inaczej i wychodzę na wariatkę. Wszelkie snute plany są niczym, kiedy dochodzi do ujawnienia ich przed inną osobą.
Pisanie w pamiętniku, takim zwykłym w zeszycie, na kartkach, nie jest dla mnie okej. Oczywiście trzymam się tego, ale jednak uważam, że blog to zupełnie coś innego, lepszego. Jestem przyzwyczajona do możliwości usunięcia źle dobranych słów, a pisząc po kartce długopisem pozostaje nam ułomne używanie korektora, bądź kreślenie co drugie słowo. Dlatego chciałabym uważać ten blog jako rodzaj pamiętnika. Tylko kiedy już chcę zabrać się za pisanie, jak zwykle, urywam się po kilku zdaniach. To wszystko co czytasz, jest głupią plątaniną wyrazów, które staram się ułożyć w jedną całość i odnaleźć w nich sens. Chcę zapełnić chodź trochę miejsca, udając przed samą sobą, że jednak potrafię okiełznać pogubione myśli i je opublikować. Chcę zgłębiać osobiste tematy, by udowodnić sobie, że jestem odważna, że potrafię otworzyć się na ludzi.
Sama sobie zaprzeczam. Z jednej strony tłumaczę sobie, że blog jest jak pamiętnik, opisuję tu sprawy osobiste, moje odczucia... Ale z drugiej strony mam tę ochotę, aby ktoś interesował się mną, moimi przemyśleniami, żeby zaglądał tutaj i widział, co piszę. Tak bardzo rozdarta... Dlaczego to robię? Może dlatego, że mam okropną skłonność do upodabniania się do lubianych przeze mnie osób, postaci? Przykład? Hermiona (również Emma Watson), Bella Swan, Jenna Hamilton, Tori Vega (również Victoria Justice)... mam jeszcze wymieniać? Przede wszystkim powyższe postacie (i dwie aktorki) wpływają na moją osobą, i przyznam się, że w dużym stopniu. Kreuję własną postać opartą na wyżej wymienionych. Prowadzę bloga - to była moja decyzja, ale oparta na Jennie z "Innej". Sam mój nick wszystko znaczy; może nie całkowicie opierałam się na właśnie tej postaci, ale w większym stopniu to ona namówiła mnie do prowadzenia bloga i do takiego, a nie innego nicku. Hermiona, Bella i Tori to przede wszystkim styl ubierania. W dodatku staram się zachowywać jak ta trójka. I jaką ja postawę przedstawiam? Bezsilność. Jestem słaba i zależna od innych. Nie potrafię być całkowicie sobą przede wszystkim wśród znajomych. Wpadłam jakby w uzależnienie. Przystaję na tym, że głos w głowie pyta mnie "co by zrobiła Bella?". Zmieniłam się, nie jestem sobą. I jaką zdobywam opinię? Słabej i podatnej na opinię innych, niezrównoważonej dziewczyny. Ale czy to nie dobrze, że mam cel w życiu, że dążę do ideału? Każdy z nas dąży do tego, aby być jak najlepszym. Więc czy tylko ja robię to, upodabniając się do moich ideałów? Moim ideałem jest połączenie tych dziewczyn, kobiet. Jest to osoba ładna, mądra, zabawna ale również skromna, zamknięta w sobie, błądząca w swoim świecie. Może ta druga część nieco zgada się z moim usposobieniem, ale dwa pierwsze przymiotniki niestety mnie nie określają. Dlatego dążę do tego, aby to zmienić! Czy to naprawdę jest dziwne, że chcę upodobnić się do kogoś, zyskując na tym cechy, których tak bardzo pożądam?
Pisanie w pamiętniku, takim zwykłym w zeszycie, na kartkach, nie jest dla mnie okej. Oczywiście trzymam się tego, ale jednak uważam, że blog to zupełnie coś innego, lepszego. Jestem przyzwyczajona do możliwości usunięcia źle dobranych słów, a pisząc po kartce długopisem pozostaje nam ułomne używanie korektora, bądź kreślenie co drugie słowo. Dlatego chciałabym uważać ten blog jako rodzaj pamiętnika. Tylko kiedy już chcę zabrać się za pisanie, jak zwykle, urywam się po kilku zdaniach. To wszystko co czytasz, jest głupią plątaniną wyrazów, które staram się ułożyć w jedną całość i odnaleźć w nich sens. Chcę zapełnić chodź trochę miejsca, udając przed samą sobą, że jednak potrafię okiełznać pogubione myśli i je opublikować. Chcę zgłębiać osobiste tematy, by udowodnić sobie, że jestem odważna, że potrafię otworzyć się na ludzi.
Sama sobie zaprzeczam. Z jednej strony tłumaczę sobie, że blog jest jak pamiętnik, opisuję tu sprawy osobiste, moje odczucia... Ale z drugiej strony mam tę ochotę, aby ktoś interesował się mną, moimi przemyśleniami, żeby zaglądał tutaj i widział, co piszę. Tak bardzo rozdarta... Dlaczego to robię? Może dlatego, że mam okropną skłonność do upodabniania się do lubianych przeze mnie osób, postaci? Przykład? Hermiona (również Emma Watson), Bella Swan, Jenna Hamilton, Tori Vega (również Victoria Justice)... mam jeszcze wymieniać? Przede wszystkim powyższe postacie (i dwie aktorki) wpływają na moją osobą, i przyznam się, że w dużym stopniu. Kreuję własną postać opartą na wyżej wymienionych. Prowadzę bloga - to była moja decyzja, ale oparta na Jennie z "Innej". Sam mój nick wszystko znaczy; może nie całkowicie opierałam się na właśnie tej postaci, ale w większym stopniu to ona namówiła mnie do prowadzenia bloga i do takiego, a nie innego nicku. Hermiona, Bella i Tori to przede wszystkim styl ubierania. W dodatku staram się zachowywać jak ta trójka. I jaką ja postawę przedstawiam? Bezsilność. Jestem słaba i zależna od innych. Nie potrafię być całkowicie sobą przede wszystkim wśród znajomych. Wpadłam jakby w uzależnienie. Przystaję na tym, że głos w głowie pyta mnie "co by zrobiła Bella?". Zmieniłam się, nie jestem sobą. I jaką zdobywam opinię? Słabej i podatnej na opinię innych, niezrównoważonej dziewczyny. Ale czy to nie dobrze, że mam cel w życiu, że dążę do ideału? Każdy z nas dąży do tego, aby być jak najlepszym. Więc czy tylko ja robię to, upodabniając się do moich ideałów? Moim ideałem jest połączenie tych dziewczyn, kobiet. Jest to osoba ładna, mądra, zabawna ale również skromna, zamknięta w sobie, błądząca w swoim świecie. Może ta druga część nieco zgada się z moim usposobieniem, ale dwa pierwsze przymiotniki niestety mnie nie określają. Dlatego dążę do tego, aby to zmienić! Czy to naprawdę jest dziwne, że chcę upodobnić się do kogoś, zyskując na tym cechy, których tak bardzo pożądam?
piątek, 3 stycznia 2014
Jestem Twoją siłą
Szukałam pomocy. Jako kolejny krok walki z moimi może nie tak wielkimi, ale jednak problemami, wybrałam książkę Demi Lovato. Nie jest to zwykła lektura, którą czytam przez kilka(naście) dni. Tę książkę postanowiłam czytać z dnia na dzień, tak jak jest napisana. Na każdą datę, przez 365 dni w roku, przeznaczone jest jedno zadanie. Tym razem dostałam następujący rozkaz:
I co mam zrobić? Nie jest to trudne zadanie, gdyż pierwsze co mi przyszło na myśl to blog. Tutaj bez żadnych skrupułów pisałam o moim życiu, więc i teraz bezwstydnie mogę podzielić się z Wami krótką mową.
Więc nie jesteście sami. Brzmi to strasznie banalnie. Oczywiście jakże inaczej mogłoby brzmieć. Aby wykonać to zadanie, które podała mi Lovato, w sumie mogłabym skończyć na tym pierwszym. Ale chcę wykończyć ten temat i napisać z serca, dla wszystkich którzy naprawdę czują, że są jedyni z problemami na tym świecie. Otóż się mylicie. Każdy ma jakieś problemy, niektórzy duże, inni małe. Większość sobie radzi, ale my, ci, którzy są wrażliwsi i bardzo uzależnieni od opinii otoczenia, mamy z tym duży problem. Jak ja sobie z tym radzę? Ze wszystkimi problemami? Chyba sobie nie radzę. Wcześniej pozostawiałam je samym sobie, czekałam aż przeminą lub się rozwiążą. Teraz chyba nadal tak jest, jednak zaczęłam bardziej dbać o to, abym to ja kierowała swoim życiem. Pomagam sobie rozkazami w głowie. To głupie? Jak na razie działa, bo sama siebie zmuszam do robienia czegoś odważnego, wychylam się z mojej małej posępnej postaci, prostuję plecy i idę naprzód.
Na razie moje słowa są pełne otuchy i zapewne czytając to, nie widzicie w nich posępnej dziewczyny, która czai się za ekranem. Tak, ostatnio czuję się lepiej, nie wiem do końca czemu. Długo nie miałam jakichś załamań, bardzo złego nastroju ani niechęci do życia. Staram się jak najdłużej utrzymać ten stan, gdyż jest mi po prostu na rękę. Już mówiąc całkowicie subiektywnie, może to sprawka Boga, który czuwa nad moim życiem? Bądź co bądź, ostatnimi czasy wzięłam się za sprawy związane z moją wiarą i czuję się naprawdę dobrze. Przy okazji informuję samą siebie, że nie jestem sama, nawet gdy dzieje się nie tak, jak bym chciała. Zaczynam dostrzegać pozytywy tego życia. "Bądź wdzięczna za wszystko, co masz." Staram się nie pogrążać małymi problemami, które naprawdę chowają się z niektórymi znanymi tragediami z życia innych osób. Wyjdź poza nasze otoczenie, poza nasz kraj. Ciesz się, że masz rodziców, dom, prawo do nauki, żywność, wszelkie dobra techniczne... Ciesz się z tego, gdyż w innych krajach nie jest tak dobrze. Ciesz się i jednocześnie szanuj to, co masz. I nie obwiniaj się z tego powodu. Celem tego jest zrozumienie, że mimo tych naszych problemów, zdarzają się większe. Mamy prawo do smutku z powodu szkoły (nie porównujmy problemów trzeciego świata do naszych!), ale po prostu uświadommy sobie, że tak naprawdę jesteśmy niezłymi szczęściarami.
Takim pozytywnym stwierdzeniem żegnam i pamiętajcie, że nie jesteście sami (nieważne jak bardzo banalnie to brzmi).
Wstań i przemów w imieniu tych, którzy jeszcze tego nie potrafią. Daj im wsparcie i siłę.
I co mam zrobić? Nie jest to trudne zadanie, gdyż pierwsze co mi przyszło na myśl to blog. Tutaj bez żadnych skrupułów pisałam o moim życiu, więc i teraz bezwstydnie mogę podzielić się z Wami krótką mową.
Więc nie jesteście sami. Brzmi to strasznie banalnie. Oczywiście jakże inaczej mogłoby brzmieć. Aby wykonać to zadanie, które podała mi Lovato, w sumie mogłabym skończyć na tym pierwszym. Ale chcę wykończyć ten temat i napisać z serca, dla wszystkich którzy naprawdę czują, że są jedyni z problemami na tym świecie. Otóż się mylicie. Każdy ma jakieś problemy, niektórzy duże, inni małe. Większość sobie radzi, ale my, ci, którzy są wrażliwsi i bardzo uzależnieni od opinii otoczenia, mamy z tym duży problem. Jak ja sobie z tym radzę? Ze wszystkimi problemami? Chyba sobie nie radzę. Wcześniej pozostawiałam je samym sobie, czekałam aż przeminą lub się rozwiążą. Teraz chyba nadal tak jest, jednak zaczęłam bardziej dbać o to, abym to ja kierowała swoim życiem. Pomagam sobie rozkazami w głowie. To głupie? Jak na razie działa, bo sama siebie zmuszam do robienia czegoś odważnego, wychylam się z mojej małej posępnej postaci, prostuję plecy i idę naprzód.
Na razie moje słowa są pełne otuchy i zapewne czytając to, nie widzicie w nich posępnej dziewczyny, która czai się za ekranem. Tak, ostatnio czuję się lepiej, nie wiem do końca czemu. Długo nie miałam jakichś załamań, bardzo złego nastroju ani niechęci do życia. Staram się jak najdłużej utrzymać ten stan, gdyż jest mi po prostu na rękę. Już mówiąc całkowicie subiektywnie, może to sprawka Boga, który czuwa nad moim życiem? Bądź co bądź, ostatnimi czasy wzięłam się za sprawy związane z moją wiarą i czuję się naprawdę dobrze. Przy okazji informuję samą siebie, że nie jestem sama, nawet gdy dzieje się nie tak, jak bym chciała. Zaczynam dostrzegać pozytywy tego życia. "Bądź wdzięczna za wszystko, co masz." Staram się nie pogrążać małymi problemami, które naprawdę chowają się z niektórymi znanymi tragediami z życia innych osób. Wyjdź poza nasze otoczenie, poza nasz kraj. Ciesz się, że masz rodziców, dom, prawo do nauki, żywność, wszelkie dobra techniczne... Ciesz się z tego, gdyż w innych krajach nie jest tak dobrze. Ciesz się i jednocześnie szanuj to, co masz. I nie obwiniaj się z tego powodu. Celem tego jest zrozumienie, że mimo tych naszych problemów, zdarzają się większe. Mamy prawo do smutku z powodu szkoły (nie porównujmy problemów trzeciego świata do naszych!), ale po prostu uświadommy sobie, że tak naprawdę jesteśmy niezłymi szczęściarami.
Takim pozytywnym stwierdzeniem żegnam i pamiętajcie, że nie jesteście sami (nieważne jak bardzo banalnie to brzmi).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

