poniedziałek, 28 października 2013

Chleba i igrzysk

Witam. Od długiego czasu męczy mnie gorączka igrzysk. Oczywiście chodzi mi o drugą ekranizację powieści Suzanne Collins. Apogeum (mądre słowo z podręcznika do historii) tego zafascynowania nastąpiło chwilę temu, kiedy znalazłam kolejny trailer, tym razem ostatni. Wiadomo, muszę się tym z Wami podzielić, jakżeby inaczej. Wręcz nie mogę się doczekać premiery, mam już dość tego oczekiwania! Niedawno wyszła filmowa wersja książki "W pierścieniu ognia", a że mam pierwszą część również w filmowej odsłonie, to kupiłam ją, do kolekcji. Musiałam oczywiście przeczytać, co spotęgowało moją gorączkę. Dlatego dzisiaj podejmuję ten temat, tak troszkę na szybko, bo zaraz wyruszam na basen, ale zawsze coś.
Sam tytuł posta, chleba i igrzysk, bardzo pasuje mi do tematyki książki, wręcz idealnie. A stwierdzenie to po łacinie brzmi panem et circenses. I ja głupiutka zauważyłam to w książce do polskiego na lekcji i zaczęłam się baaardzo cieszyć, bo skojarzyło mi się od razu z Igrzyskami. Również w tym względzie, że akcja książki rozgrywa się w państwie Panem. panem et circenses, państwo Panem... Genialne, nieprawdaż?
Nie wiem czy od tego pani Collins zaczerpnęła nazwę do swojej książki, ale ja mam swoje filozofie i może to jest prawda...(?) Bądź co bądź zaczęłam się tym, potocznie mówiąc, jarać. A co do filmu, to chyba nie zaspokoję swojego entuzjazmu tylko jedną wizytą w kinie...

środa, 23 października 2013

Pytania bez odpowiedzi

Dzisiejszy post będzie poświęcony mnie i moim dziwnym urojeniom. A mianowicie dotyczy pytań, które często zadaję sama sobie: dlaczego to mnie spotyka?, dlaczego tak musi być?, czy ja jestem jakaś dziwna? Dzisiaj poznacie mnie z innej strony. Jak na razie wydaje Wam się, że jestem szczęśliwą nastolatką, ale to nie jest całkowita prawda. Jednak nie jestem też tym typem, który użala się nad swoim życiem i ma tak zwane "problemy", które z prawdziwymi problemami nie mają nic wspólnego.

Przechodząc do mnie, chciałabym się pożalić w różnych kwestiach. Czasem w człowieku kumulują się takie złe emocje i musi je wyrzucić z siebie. Nie mam z kim porozmawiać, więc często moje negatywne myśli przelewam na kartki pamiętnika lub, jak dzisiaj, bloga. Jedną z tych kwestii jest to, że jak pisałam powyżej, nie mam takiej osoby, której mogłabym wszystko powiedzieć. Nie mam przyjaciółki. Mimo że mam 16 lat, na swojej drodze spotykałam tylko ludzi fałszywych. Może brzmi to bardzo oskarżycielsko, ale dla wyrównania były to osoby, które po jakimś czasie zostawiały mnie i znajdywały innych przyjaciół, a o mnie zapomnieli. Dotąd zauważam, że jestem zawsze na drugim miejscu. Jest to bardzo przygnębiające. W praktyce w moich znajomościach wszystko jest dobrze do chwili, gdy nie pojawia się ta ważniejsza osoba. Wtedy ja spadam, maleję... już nie jestem potrzebna. Byłam tylko osobą do towarzystwa, która miała zastąpić miejsce tego ważniejszego, gdy on nie miał w danej chwili czasu. Kiedyś było się małymi dziećmi, oni nie wiedzieli jak ja się czuję. Jednak teraz ludzie których znam grają nadal w tę samą grę. Powinni się domyśleć, że łamią mi w ten sposób uczucia! Nie jestem marionetką, nie mogą mną manipulować, mną nie można rządzić. Jestem asertywna na takie rzeczy, jednak zbytnio ufam tym ludziom i dlatego tak ciężko jest mi za każdym razem zrywać te fałszywe znajomości. Po prostu za bardzo potrzebuję przyjaciela, dlatego właśnie często popadam w tę myśl, że może to jest ta właściwa osoba...


Chciałabym mieć prawdziwą przyjaciółkę bądź nawet prawdziwego przyjaciela. Szczerze mówiąc to o wiele lepiej dogaduję się z chłopakami, których znam. Oni są bardziej... prości. Dla nich tak znaczy po prostu tak, nie szukają drugiego dna w moich wypowiedziach. Dziewczyny za to są fałszywe. Oczywiście nie chcę nikogo obrażać, sama jestem dziewczyną... Chodzi mi bardziej o znane mi osoby. Pewnie Wy również spotykacie się z takimi zachowaniami w swoim gronie. Czy to naprawdę jest prawdziwa, szczera przyjaźń, kiedy za plecami jedna obgaduje drugą? Nie wydaje mi się. Jednak z taką przyjaźnią spotykam się w moim otoczeniu. Większość dziewczyn po prostu, jak to potocznie napisać, jadą się nawzajem, a następnie kontynuują kłamstwo najlepszych przyjaciółek na zawsze. Może dlatego mam taki problem ze znalezieniem osoby, której mogę zaufać?
Tak sobie wmawiam, bo drugą hipotezą jest fakt, że po prostu jestem dziwna. Jednak czy jest tak naprawdę? Nie potrafię ocenić tego obiektywnie, bo to co piszę teraz może jest dziwne, ale ja tego nie spostrzegam. Wydaje mi się jednak, że wszystko jest ze mną w porządku. Oczywiście, mam różne małe dziwactwa, ale ujawniam je tylko przy samej sobie. Potrafię na przykład mówić sama do siebie lub śpiewać strasznie fałszując, jednakże nie robię tego publicznie. Nie wiem do czego można by się doczepić w moim sposobie bycia...
Zmierzam po prostu do tego, że czuję się okropnie samotna. Nie mam przyjaciół, nikogo od serca, nie mam nawet rodzeństwa. Nie mam z kim cieszyć się życiem, nie mam z kim dzielić szczęśliwych chwil. Czuję, że powoli się pogrążam w tej samotności i odrębności. Przyzwyczajam się do tego, że zawsze jestem odrzucana i nikogo nie interesuje moja osoba. Nie wiem czy kolejny raz mam próbować i starać się odnaleźć przyjaciela, czy osunąć się w cień i pozostać dalej niezrozumianą dziewczyną, jak dotąd było.


piątek, 18 października 2013

Nieidealna

Nikt nie jest idealny. Oczywiście patrzymy na pierwsze strony gazet i podziwiamy gwiazdy, zazdrościmy im wyglądu. Większość dziewczyn (a czasem nawet chłopców) popada w ten sposób w kompleksy. Ile razy w ciągu dnia myślisz o sobie w krytyczny sposób? Raz? Dwa? Cały czas?
Dzisiejszą notkę chciałabym poświęcić osobom, które nie czują się dobrze we własnym ciele i mają z tego powodu poczucie niższości. Post jest pisany przez zwykłą dziewczynę, która tak jak Wy nie akceptuje siebie. Zapraszam do czytania.
Więc nie jesteś idealna. Spokojnie, ja też nie. Doskonałe nie są też gwiazdy. Więc co ma oznaczać ideał?
  • doskonałość, wzór doskonałości,
  • najwyższy cel dążeń i pragnień ludzkich w jakiejś dziedzinie,
  • koncepcja bardzo trudna lub niemożliwa do realizacji, choć bardzo pożądana.
Wszyscy chcą być piękni, mądrzy, jednym słowem idealni. Jednak nie ma na świecie osoby, która chociaż raz nie pomyślała o sobie w negatywny sposób. Autokrytyka jest naturalna. Nieprzychylnie oceniamy nie tylko nasze otoczenie, ale również własną osobę. Możemy się sobie nie podobać w dwóch względach - wyglądu i charakteru.
Patrzysz w lustro, co widzisz? Jedni nie zwracają uwagi na swoje wady, inni niestety widzą tylko je. Wiem jak to jest patrzeć na siebie i nie lubić tej osoby. Nie jest ładna - ma małe oczy, duży nos, dziwne usta... Jest wiele problemów, których nie będę tu wymieniać. Najważniejsze jest to, że każdemu z nas coś się w sobie nie podoba. Może to być szczegół, ale może dotyczyć również większej sprawy.
Podchodząc czysto teoretycznie, większości Twoich wad nie da się zmienić... więc dlaczego się nimi przejmujesz? Wystarczy trochę pomyśleć - dlaczego mam być nieszczęśliwa z powodu pewnego defektu? Moje nastawienie do siebie nie jest często pozytywne, ale w gruncie rzeczy to lepiej zaakceptować swoje małe niedoskonałości, niż użalać się do końca życia nad swoim wyglądem. Może te małe "usterki" występujące w naszym wyglądzie tak naprawdę sprawiają, że jesteśmy inni, wyróżniamy się, to nasz znak szczególny?
Jeżeli jednak nie dajecie za wygraną i twierdzicie, że Wasz wygląd będzie śnił się w dziecięcych koszmarach, to radzę popracować nad sobą. Nie masz idealnej figury? Ćwicz, biegaj, wprowadź dietę. Masz niedoskonałości cery? Idź do dermatologa, dostosuj odpowiednie kosmetyki oraz leki.
Kolejnym elementem są wady, które tak naprawdę nie są wadami. A mówię tutaj o cechach, których nie lubimy w sobie, chociaż są na ogół normalne. Dla przykładu są to proste włosy, które osobiście mnie nękają. To już jest reguła - jeśli masz proste włosy, chcesz mieć kręcone, a jeśli masz kręcone, chcesz mieć proste.
Nawet taka zwykła sprawa jak rodzaj włosa może się odbić na naszej samoocenie. Nie można jednak na to pozwolić, bo przecież nie załamiemy się z takiego banalnego powodu.

Jednak nie tylko wygląd zewnętrzny może nas wprowadzić w kompleksy, jest to również nasz podły charakter. Tak - jestem wredna, często zazdrosna i najpierw mówię, dopiero potem myślę. Nie lubię się za to, że jestem arogancka i chciałabym mieć to co najlepsze, nie tylko materialnie. To są moje podstawowe wady. Wszyscy je mamy, może nie te same co wymieniłam, jednak w każdym z nas siedzi taki mały diabełek, który sprawia, że jesteśmy nerwowi, zazdrośni i źli. Nie są to tylko cechy negatywne, również dużo osób nie lubi siebie za to, że są nieśmiali i szybko ulegają innym. Ja takich cech nie mam, więc trudno jest mi określić czy to wady. Wiem natomiast, że moje nerwowe usposobienie źle wpływa na moje otoczenie, dlatego staram się (naprawdę!) coś z tym zrobić. Dlatego praca nad swoim charakterem jest bardzo ważna. Nie jestem w tym mistrzynią, niestety. Aczkolwiek radzę próbować przede wszystkim kiedy nasz charakter nam przeszkadza. Osobiście nie mam nic przeciwko do mojej ciągłej zazdrości, no może tylko że jest niemile widziana przez Kościół, dlatego staram się nie myśleć o lepszych ode mnie jak o wrogach... oh, jestem podła.

Na zakończenie moich nieco dziwnych przemyśleń chciałabym po prostu napisać do wszystkich osób, które popadają w kompleksy:  
Nie jesteście sami! Jest z Wami taka jedna Inna dziewczyna, która chyba Was rozumie. Trzymajcie się i nie dajcie sobie popaść w depresję.

poniedziałek, 14 października 2013

Zanik inwencji twórczej

Witam, na początku chciałabym wstawić takie sobie trzy małe obrazeczki, informujące, że Ben Whishaw, aktor którego opisywałam w poprzedniej notce, ma dzisiaj urodziny. Chciałam napisać post i nie miałam na to pomysłu, więc objęłam jako inspirację starego, dobrego Tumblra, z którego kilka minut temu dowiedziałam się o tym wydarzeniu. Tak, co ze mnie za fanka, że nie znam jego daty urodzenia? Ja zwykle nie mam pamięci do dat i liczb. Wstyd się przyznać, ale od piętnastu lat nie pamiętam daty urodzenia moich rodziców. Tak samo - numeru telefonu mojej mamy nauczyłam się dopiero w zeszłym roku, taty dalej nie znam. Jedyny wyjątek to urodziny babci i dziadka, tylko dlatego, że z czymś mi się kojarzą - babcia 14 luty (nie muszę tłumaczyć z czym to uwzględniam), dziadek 5 grudzień (dzień przed Mikołajkami).
Dlatego wchodząc na Tumblra bardzo się zdziwiłam. Ostatnio pisałam o nim notkę, więc to potęguje zbieg okoliczności, gdyż właśnie dzisiaj, 14 października, stwierdziłam, że napiszę kolejną. Pszypadeg? Nie sondze.


Zaczynając temat, szczerze mówiąc (pisząc), to nie mam weny do pisania, więc chciałabym, żeby w Waszych komentarzach pojawiały się propozycje dotyczące notek na blogu. Blog jest o wszystkim, więc każdy temat dozwolony :) Często jest tak, że podczas drogi ze szkoły lub nauki pojawiają mi się przebłyski nowych notek, ale kiedy przyjdzie co co czego, siedzę wpatrzona w monitor i czekam na przypływ nowych pomysłów, które nie nadchodzą. Trzeba to zmienić, więc liczę na Waszą kreatywność.

Tak więc teraz tylko napiszę co mi wpada do głowy, bo inwencji twórczej na nowy post nie mam zupełnie. Nie byłam dzisiaj w szkole na Dniu Edukacji Narodowej, co mnie ominęło? Nudna akademia i rozdawanie kwiatów nauczycielom. Ogólnie denerwuje mnie fakt, że ten dzień potocznie nazywany jest Dniem Nauczyciela. Co ma do tego nauczyciel? To dzień całej edukacji w Polsce, a nie jednostki, która uczy. To tak samo dzień ucznia, więc dlaczego my rozdajemy prezenty naszym belfrom? Niesprawiedliwe, więc uznałam, że po prostu dłużej pośpię ;) Jakoś w tym roku szkolnym jestem bardzo leniwa. Opuszczam dni w szkole, bo tak, bo mi się nie chce. To pierwsza liceum, a ja sobie z tego nic nie robię. Rajd pierwszych klas? Co z tego, posiedzę w domu. Koleżanka nie idzie do szkoły? To ja też. Trochę śmieszy mnie moje podejście do szkoły, ale bądź co bądź, to my tam prawie nic nie robimy. Na lekcjach nauczyciele prowadzą godzinne wykłady i niby powinnam notować, ale po co, skoro wszystko jest w książce? Nie pytają, jak już to rzadko, prac domowych też nie ma (na ogół).
Teraz niestety muszę się pouczyć historii, bo był sprawdzian, a ja wtedy siedziałam pięć godzin u lekarza - kocham polską służbę zdrowia <3 Wiem, jakaś pesymistyczna jest ta notka i całkowicie niezorganizowana... Taka jestem ja na ogół, musicie się przyzwyczaić. Przepraszam, za brak organizacji, lecę się uczyć, pa!

czwartek, 10 października 2013

Pachnidło: Historia mordercy / Ben Whishaw



Cześć wszystkim. W notce zapoznawczej wspominałam o tym, że będę tu pisać o czym mi się podoba. Ostatnio opisuję tylko to, co dzieje się w moim codziennym życiu, ale dzisiaj chciałabym skupić się na filmie, którego tytuł macie... w tytule postu ;)
"Pachnidło" oglądałam około rok temu, dokładnie w czwartek (tak jak dzisiaj, o 22:30). Byłam bardzo zafascynowana aktorem, grającym głównego bohatera. Ben Whishaw występował również w "Skyfall", a że ostatni Bond wyszedł w październiku poprzedniego roku, miałam "świeżą" manię na punkcie filmowego Q. Obejrzałam więc film przede wszystkim ze względu na Bena, bo chciałam widzieć go w innej roli.
Historia mordercy... pewnie coś naciąganego, jakiś thriller czy horror, jakich jest wiele. Ale film okazał się bardzo ciekawy. Przez kilka dni o nim myślałam. Są takie produkcje, po których mamy takie dziwne uczucie... pustki? Nie wiem co to jest, ale wiem, że okropnie mi to siedziało w głowie. Tak samo jest po każdym filmie "Harry'ego Pottera",  po "Władcy Pierścieni"...tak przykro, smutno.
Dzisiaj znowu "Pachnidło" leci na Dwójce. Z tego powodu wyczuwam:
  1.  nieprzespaną noc,
  2. kolejny dzień myślenia tylko o filmie.

Jak już pisałam, tak po prostu jest, że nie potrafię myśleć o czymś innym, przeżywam tę historię przez w mojej głowie od nowa i od nowa. Osobiście mówiąc, żal mi jest głównego bohatera, przede wszystkim końcówka jest smutna... ale nie zdradzam szczegółów. Jeśli nie oglądaliście, to polecam, a jeśli tak, to chętnie poznam Waszą opinię na temat "Pachnidła".
Co do Bena, mojego męża (jednego z wielu, haha), to sam w sobie jest specyficzny. Może w tym filmie nie wygląda przekonująco, ale w "Skyfall'u" to po prostu taki kochany komputerowiec :) Występuje również w "Atlasie Chmur", ale tu muszę się przyznać, nie oglądałam.
Dodatkowy plus dla filmu to Alan Rickman w obsadzie, zresztą widzę go w co drugim filmie. Ostatnio oglądałam Robin Hooda i oczywiście jego tam nie zabrakło ;)
A teraz rzucę taką fajną ciekawostkę, mianowicie: do roli głównej, mordercy Grenouille, początkowo był brany pod uwagę Johnny Depp i Orlando Bloom. Orlando jeszcze widzę w tej roli, ale jednak Johnny kojarzy mi się z sympatycznym Sparrowem, a nie mordercą.
Wiem, że trochę głupio, bo w gruncie rzeczy nie napisałam za dużo, ale bardzo lubię ten film i mojego kochanego Bena, więc chciałam podzielić się z Wami moimi upodobaniami.
Jutro wracam wcześniej ze szkoły, więc postaram się ruszyć dwa inne blogi, trzymajcie się. Na koniec kilka gifów :)

poniedziałek, 7 października 2013

Co mówi lis?

Witam. Nie pisałam, bo jak wcześniej informowałam, byłam na wycieczce. Potem pojechałam do dziadków na wieś, a tam miałam dostęp do internetu tylko przez telefon.
Dzisiaj nie mam za dużo czasu na podejmowanie konkretnego tematu, za niedługo muszę uciekać na basen i uczyć się na jutrzejszą kartkówkę. Przy okazji, trochę niesprawiedliwe, że po powrocie z wycieczki mamy tyle na głowie, niemal codziennie przez ten tydzień mam jakieś prace pisemne. Nie mam czasu na siedzenie przy komputerze, na dodatek moja rodzina uważa, że tylko jestem w internecie i każą mi się ograniczyć. Ja uważam, że to przesada. Owszem, codziennie wpadam na blogi, facebooka i inne "niezbędne" strony. Najczęściej mają do mnie wąty, że siedzę w domu przez weekend i piszę coś na komputerze, a tylko przez sobotę i niedzielę mam chodź trochę wolnego czasu, żeby usiąść spokojnie na parę godzin i napisać posty na blogach. O wiele prościej byłoby mieć jeden blog na którym co trochę umieszczałabym stylizacje Hermiony, naprzemiennie z kolejnymi rozdziałami o Igrzyskach Śmierci i moimi zwykłymi przemyśleniami. Wiem, że trochę się użalam i pewnie rodzice mają rację... gdyby tylko wiedzieli jaką mam ciężką pracę na tych blogach! Blogspot powinien płacić za posty!
Wracając do tematu, którego jeszcze nie poruszyłam... Więc poruszam. Co mówi lis? Spokojnie, nie będę pisać tutaj rozprawki na temat odgłosów wydawanych przez rudych przyjaciół ;) Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to mało kto wie, jak porozumiewają się lisy. Dla zaciekawionych mówię, że lisy szczekają, trochę wyżej i krócej niż pies. Poza tym też wyją i warczą. Ale niektórzy uważają inaczej, jak na przykład w poniższym filmiku. Serdecznie zapraszam do oglądania, warto. Widząc to pierwszy raz, popłakałam się ze śmiechu ;)
Na tym kończę notkę, tak naprawdę to chciałam się podzielić z Wami tą piosenką, bo jest po prostu przezabawna! Oglądajcie, a ja lecę do ponurego świata bez internetu. Bywajcie!


Ring-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!

wtorek, 1 października 2013

Ekologiczna

Dzisiaj mam dzień wolny, bo wszystkie pierwsze klasy idą na integrację w teren. Teoretycznie wszystkie. Praktycznie jest tak, że połowa mojej klasy nie idzie, ja również, więc siedzę sobie w domu i nadrabiam pisanie na blogu. Muszę również przygotowywać się do wycieczki, na którą jutro jadę. Jakoś nie chce mi się jechać ponownie do Zakopanego, ale jadę, bo głupio nie pojechać na pierwszą wycieczkę z nową klasą...
Borykam się też z wrednymi programami, które goszczą w moim komputerze nie wiem skąd. Ściągam sobie normalnie nową czcionkę, a tu pojawiają się jakieś nowe oprogramowania. Zupełnie nie wiem co to jest, ale muszę je usunąć, bo mój tata znowu się wkurzy, że mam zaśmiecony i zawirusowany komputer. Tylko to nie moja wina. Mój laptop żyje własnym życiem, to on "nabiera się" na te głupie programy. Ja najzwyczajniej ściągam to, czego potrzebuję.
Dzięki Bogu blogger zapisuje co chwilę to, co piszę. Gdyby nie to, właśnie straciłabym tego posta. Może i mało napisałam, ale nie ma czegoś gorszego, niż zamknięcie internetu przez komputer nie wiadomo z jakiego powodu.
Zamykam temat mojego kochanego laptopa i przechodzę do tytułu postu.

Ekologiczna? Chyba taka jestem. Przynajmniej się staram. Nie wiem czy dobrze robię siedząc godzinami przed komputerem... ciągnę prąd, jestem zła. Ale dla mnie to konieczność, jakiś nawyk. Gdybym nie siedziała przed komputerem, to przed telefonem. Na jedno wychodzi. Kwestii mojego ekologicznego używania sprzętów (tv, komputer, telefon) nie lubię poruszać, bo wiem, że mogłabym nie siedzieć przy nich tak długo. Jednak staram się zmniejszyć ciągnięcie energii. Wszędzie ustawiam tryb oszczędzania energii, zmniejszam jasność ekranu (co mnie wpienia, bo czasem nic nie widzę), wyłączam głośnik (to jest ekologiczne? Nie wiem, ale nie lubię, jak na cały dom komputer krzyczy, że mam wiadomość) i "usypiam" go, kiedy idę np. jeść. To są w sumie małe rzeczy, ale zmniejszenie jasności ekranu chociażby o jeden stopień zawsze coś daje.
Idziemy dalej - strasznie denerwują mnie ludzie, którzy mają włączony komputer przez cały dzień. Nie mam pojęcia po co im to jest... Na pewno nie siedzą przy nim od rana do wieczora, jednak on cały czas działa, rozgrzany do białości. Tak samo, wiele osób "chwali się" (np. na kwejku), jak to lubią mieć włączony telewizor podczas gry na komputerze, tak po prostu, żeby coś grało [link]. Bez sensu. Ja jestem strasznie wyczulona na bezcelowe używanie takiego sprzętu. Kiedy siedzę na komputerze - ok, coś robię, jest mi potrzebny. Ale kiedy mama ogląda telewizję, a potem idzie gotować obiad, a telewizor gra... Od razu lecę do pokoju i go wyłączam. Z tym rodzice mają mnie dość, ale ja nie mam zamiaru ustępować. Ogółem moi rodzice mają mnie po dziurki w nosie. Gaszę światła, wyłączam im komputery i telewizory, krzyczę kiedy nie segregują śmieci... Sama bym ze sobą nie wytrzymała ;) W końcu będę wyłączać telewizor na reklamy, co wcale nie jest aż tak szalone... Jestem do tego zdolna, naprawdę. 
Z segregacją jest gorzej, ale to nie moja wina. Państwo mówi "segreguj!", ale nie mówi jak. Niby proste, 3 kosze - plastik, papier, szkło - banał. Ale schody zaczynają się, gdy różne źródła podają inne instrukcje dotyczące tych spraw. Gdzie metal? Gdzie kartony po sokach i mleku? Według gazet do plastiku (tworzyw sztucznych), a według internetu metal do metali (spoko, fajnie, że w moim mieście są kosze z napisem "metal"), a kartony do papieru. I co ja mam robić? Eksplozja mózgu - czy ja pomagam czy ja szkodzę? Co jak źle wrzucę te rzeczy? Tutaj Polska jest kompletnie nie zorganizowana. Mogliby dać dwa dodatkowe kosze na metal i te dziwne kartony (ni to papier, ni to plastik). W kartonach uzbierałoby się tego dużo, bo każdy ma w domu karton z mlekiem i sokiem. I to niemal codziennie nowy. Jednak nikomu nie wpadło to jeszcze do głowy.
Ogółem ludzie są nieekologiczni. Nie myślą, jaki wpływ mają na środowisko. Mam tylko cichą nadzieję, że coraz więcej jest ludzi, myślących tak jak ja i mających świadomość o tym, co robimy.

W kwestii dzisiejszej notki to by było na tyle. Apeluję, abyście chociaż w minimalnym stopniu postępowali tak, aby odciążyć naszą planetę. Serdecznie pozdrawiam :)