piątek, 8 sierpnia 2014

Przemijanie

Podobny post pojawił się na blogu o Hermionie. Ten jest nieco inny, więc zapraszam do czytania, ale również na wyżej wymieniony blog.

Ten blog, tak samo jak o Hermionie, wypala się. Jestem osobą ze słomianym zapałem i taką, która nie zgadza się na jakiekolwiek ograniczenia. Z tego wynika, że żaden tematyczny blog nie da rady się utrzymać, prowadzony przez moją osobę. Ten, mimo że ma charakter lifestyle'u, to nadal większość postów jest nie o tym co robiłam wczoraj, ale o nieco "głębszej" tematyce. Chociaż właściwie... można zauważyć, że najwięcej jest tutaj moich żaleń. No tak, kiedy miałam zły dzień pisałam właśnie tu. Ale mimo dwóch odrębnych blogów, nadal miałam niedosyt. Dlatego właśnie powiedziałam dość tematycznym blogom i założyłam kolejnego, innego. Ostatnio mam lepsze podejście do życia, czuję się szczęśliwsza, poprzednie notki tutaj mnie raczej dołują.
Blog na którym nie ma ograniczeń i nie ma tematu, którego mogłabym spokojnie opisać. Cieszę się z jego założenia, mam takie przeczucie, że może to jest właśnie ten ostatni blog, który uda mi się poprowadzić przez moja życie. Z moim słomianym zapałem już widzę w oczach wyobraźni jakie notki będą za rok, dwa lub więcej, co opiszę, jakie cykle stworzę... Nieskończona ilość pomysłów!
Piszę tutaj dlatego, że raczej nie pojawią się już nowe notki. Jeśli jesteś osobą, którą zainteresowałam moim życiem, pisaniem lub inspiracjami, chciałabym Cię zaprosić na nowego bloga - INSPIRATIUM. Kolejny blog o wszystkim i o niczym, jakie można spotkać na blogspocie, ale zauważ, że każdy człowiek jest inny. Ja też jestem inna. Więc wejdź, sprawdź, zobacz co piszę i jak piszę. To nadal ta sama ja, tylko w szerszym wydaniu. Mam nadzieję, że Ci się spodoba i pozostaniesz ze mną, tak jak byłeś/-aś wcześniej. Liczę na Twoją pomoc.

wtorek, 15 lipca 2014

Halo, policja? Jest lipiec!

OSTATNI POST W KWIETNIU. STOP
KONIEC ŚWIATA. STOP
POWRACAM. STOP


Witam, witam po tak długim czasie nieobecności nie mnie, ale mojej weny pisania. Nie jestem humanistą ani pisarzem, żeby od tak wymyślać nowe posty. By cokolwiek pozbierać w całość u mnie trwa to... można powiedzieć długo. Zresztą, nie potrzebowałam pisać, więc nie pisałam.
W takim razie co u mnie po tym około trzymiesięcznym rozstaniu? Odpowiedź to: bez zmian. Serio? Bez zmian? Po trzech miesiącach nic się nie stało? Nie no, przycięłam sama włosy, prawie bez rezultatu (jednak tak jak chcę, więc chyba całkowicie zrezygnuję z fryzjera. Tylko odstrasza mnie potem sprzątanie całej łazienki...), coś jeszcze? Znowu uzależniłam się od gry, w którą gram już online od czterech lat, z przerwami. Przeczytałam kilka książek, między innymi "Niezgodną" razy dwa, kolejne dwie części "Kronik Wardstone", jakąś naukową książkę o ciekawym tytule, ale połowę z tych rzeczy wiedziałam, a druga połowa w sumie nie była wytłumaczona. Mam zamiar przeczytać "Lalkę", ale od kiedy uświadomiłam sobie, że są to aż trzy części, jak najbardziej z tym zwlekam. Najwięcej czasu spędzam więc przed komputerem grając w grę sprzed czterech lat coraz bardziej w nią popadając. Muszę z nią jak najszybciej skończyć, już po wakacjach, bo potem nie ma zmiłuj. A im bardziej sobie to mówię, tym częściej teraz w nią gram, bo mam wymówkę: "teraz mogę nadrobić, po wakacjach koniec". Jasne... Unikam słońca, chociaż chcę mieć piegi i jaśniejsze włosy. Nie wierzcie w naturalne rozjaśnianie, to absurd! Nadal próbuję, ale z coraz mniejszym przekonaniem. Taka rada - nigdy nie rób maseczki z cynamonu do włosów, nigdy... I jak to możliwe, że siedząc trochę na słońcu nie mam prawie wcale piegów, a włosy, mimo użycia powszechnej wiedzy, że cytryna + słońce = efekt, nadal są czarne jak smoła? Zamiast tego się trochę przypiekłam, czego bardzo bardzo chciałam uniknąć. Jak na razie nie jest za dobrze. Ale cieszę się, że nigdzie nie wyjeżdżam. Przynajmniej w wakacje robię to co lubię, a to już moja sprawa czy siedzę przed komputerem czy książką, czy na dworze robiąc coś pożytecznego (Pierwszą opcję proszę!). Dlaczego wszyscy się mnie czepiają, że nic nie robię... Hmm, no może rzeczywiście nic nie robię, ale mam wakacje...! To już inna rzecz, że w roku szkolnym też nic nie robię... Przynajmniej wtedy zganiam na naukę. Ale! gdybym miała wybór robić housework-i czy homework-i, oczywiście wybrałabym to drugie. Babcia, mama i te starsze pokolenia kobiet robiły wszystko w domu, a ja? Ja po prostu nienawidzę czegoś takiego. Mogłabym siedzieć cały dzień przed lekcjami, niż miałabym sprzątać, gotować. Tylko, że ja nie mam tyle pracy domowej (ze szkoły), jedyne co to nauka, do której nieważne jak bardzo chciałabym się zabrać, nie wychodzi mi to. Jestem zdolna, ale leniwa. Dużo pamiętam z lekcji i wszystko biorą "rozumowo", a nie kuję, więc jest mi łatwiej niż tym, którzy kompletnie nic nie pojmują. Mogłabym umieć jeszcze więcej, ale tu odzywa się moje czteroletnie uzależnienie od gry online oraz wielu innych rzeczy, jednak ta pierwsza zaczęła się w marcu i teraz najbardziej mi doskwiera. Oczywiście tutaj pojawia się moje powiedzenie: "mogłabym z tym skończyć, teraz, od razu, ale po prostu nie chcę". Jestem uzależniona. Może nie aż tak bardzo bardzo, no ale w pewnym stopniu jestem. Zależy mi na tym. I mimo moich potwierdzeń, że nad wszystkim panuję, to też odzywa się siła wyższa. Zresztą, powinnam w większym stopniu zrezygnować nie tylko z tej stronki, ale i z komputera. Niedawno wyczytałam w "Życiu na Gorąco" w dziale o chorobach (zawsze kradnę mamie gazetę, żeby poprzeglądać dział o kosmetykach, chorobach i problemach), że jest coś takiego jak nadwyrężenie stawu nadgarstka (?). Głównie przez myszkę komputerową. Od tego czasu to czuję... Czy to efekt placebo, bo wiem, że coś takiego jest, czy po prostu teraz zwróciłam na to uwagę? Ale śmiejcie się czy nie, mnie boli nie tylko nadgarstek, ale i ścięgna w przedramieniu. Jestem doktorem, trochę się znam (biol-chem bitch!). Zimny okład, ciepły okład lub amputacja. Zobaczymy jak się sprawa potoczy...
Wracając - coś jeszcze w moim świecie (tym realnym)? Nie wiem czy coś naprawdę ciekawego, może tylko to, że po próbach stwierdziłam, że nie, nie nadaję się na sukienek i będę nadal prowadzić życie chłopczycy, a co tam! Tak, wszyscy mi zazdroszczą, że jestem chuda, ale co z tego? Ja nie lubię się w żaden sposób wyróżniać i w sumie mi to odpowiada, nie chcę tego zmieniać. Moją kolejną inspiracją jest Cara Delavinage, która jest typową tomboy. Z tym wyjątkiem, że ja nawet nie pokazuję się w krótkich spodenkach - ciężki żywot skromnej osoby. Ale wczoraj kupiłam sobie najlepszą bluzę na świecie, już mi smutno, kiedy pomyślę, że mogłaby mi się zniszczyć, podrzeć lub skurczyć. Szara, luźna, ciepła - no po prostu idealna. Już wiem, że mogłabym w niej chodzić codziennie. Na razie jednak musi leżeć na półce, bo to co się dzieje na dworze przyprawia mnie o letnią depresję. Wierzyć czy nie, jestem osobą, która nie lubi lata! No naprawdę. Jedyne co dobre to wakacje. Jednak same wakacje i lato nie mają ze sobą nic wspólnego, bo przecież wolne dwa miesiące mogliby ogłosić kiedy chcą. Chociaż może lepiej, że są teraz, bo chyba nie przeżyłabym w szkole w taką pogodę, jaka jest za oknem. Więc jaką porę roku lubię? Najczęściej jest tak, że kiedy jest zima, ja chcę lato, a kiedy lato, chcę zimę. Jednak zostaje zawsze jesień, moja kochana jesień, która kojarzy mi się ze wszystkim co dobre. Co w niej takiego wspaniałego? Numer jeden to moje urodziny (chociaż nie jest to główny powód, urodziny urodzinami), numer dwa to cały ten jesienny nastrój - wiatr, deszcz, opadłe liście, ciemno już po południu... Trudno uwierzyć, ale ja to lubię. A najlepsze jest to, że nie ma już owadów (dzięki Panie!). Wiosna owszem, jest piękna na swój sposób, wszystko wraca do życia, nie jest tak gorąco, można chodzić w bluzie... Ale powraca robactwo, którego bardzo nie lubię. Hmm... Ja jestem dziwną osobą. Tak, bardzo nie lubię i boję się niektórych małych kolegów (czyt. owadów), ale je szanuję. Nauczyłam się szacunku do każdej żywej istoty i jestem dumna z tego mojego przekonania. Kiedy potrafię uratować jakiegoś kolegę, który zawieruszył się w moim domu (tylko po co tam wchodził, idiota?), to to robię. Ewentualnie wołam mamę, mojego stróża. Ją też nauczyłam nie zabijać, tylko jak się da, uratować to małe żyjątko. I apeluję o nie zabijanie pszczółek. Wystarczy poczytać trochę o nich na stronach internetowych i od razu powinniście zmienić o nich zdanie.
To chyba wszystko, co chciałam napisać. Wiele z tych tematów powraca do mojej głowy i czekało na ten moment, żeby je trochę niezgrabnie połączyć i wreszcie opublikować. Nie spodziewałam się, że zajmie to aż tyle. O, no tak, zapomniałabym o jednej również nowej dla mnie sprawie. Wreszcie obejrzałam "Rodzinę Addamsów" i tak jak myślałam, Wednesdey jest idealnym parodiowym uosobieniem mnie. Dlatego też zmieniam avatar. A co do zmian, również chciałabym trochę pokombinować na blogu. Szablon zostanie, ale może dodam jakieś linki, na przykład do mojego tumblra. W sumie ten blog jest bardzo osobisty, bo naprawdę nikt tu nie wchodzi... Ale lubię mieć wszystko uporządkowane, a małe nowości bardzo mnie cieszą.
W takim razie pozdrawiam tych, którzy wytrwali do końca tego posta i coś tam zrozumieli. Również pozdrawiam tych, którzy może wyciągnęli z niego jakieś wnioski. I ukłony dla tych, którzy odnaleźli ten blog. Bywajcie!


sobota, 12 kwietnia 2014

Siła oczekiwania

Aż nie chcę patrzeć na datę ostatniego postu, bo mogłoby mnie to z grubsza przerazić... Jedyne co pamiętam, to pisanie postu w ferie, a potem... pustka. Wiem i przepraszam z tego powodu, ale mówiąc, a raczej pisząc jak prawdziwy artysta, czekałam na natchnienie, które często naprawdę trudno przychodzi. Po wszelkich zmianach i przemyśleniach tylko w mojej głowie, chyba najwyższy czas je uwolnić, by znaleźć miejsce na kolejne. Nie chcę pisać o moich nowych głupich fascynacjach i urojeniach, bo chyba tak naprawdę nie potrafiłabym wyrazić na to słów. Raczej popiszę trochę bez sensu, postaram się uzbierać zdania w całość, zgrabnie omijając wszelkie szczegóły, aby pozostawić Wam większe pole do popisu - może pomiędzy tymi słowami znajdziecie drugi sens? (Coś w stylu "co autor miał na myśli".)
Ale... od czego zacząć? Może walnę po prostu, że nadal jestem poszukiwaczem siebie. Jeszcze nie odnalazłam swojego "ja" i chyba nie będzie to takie proste (tak jak przypuszczałam). Szukam i nie znajduję! To strasznie irytujące, a prawdopodobnie rozwiązanie jest oczywiste. Tylko ja, zamiast całkowicie się wyłączyć i odpuścić, jeszcze bardziej zagłębiam się w tym celu. Kontroluję każdy swój krok, słowo, myśl. Nie powinnam tak robić, raczej działać instynktem. Ale cóż mi z tego, jak jestem przyzwyczajona do takiego obiegu? Zresztą lubię tę kontrolę. Mam wtedy świadomość, że panuję nad wszystkim, nad sobą. I że jednocześnie przybliżam się do swoich ideałów, gdyż każde moje działanie pokrywam z nimi. Mam swoje autorytety i to powoduje, że jestem sztuczna... No tak to można nazwać, bo wszystko jest zaplanowane. Ale czy to, w jaki sposób myślę, nie mówi o mojej prawdziwości? Wiem, że brzmi to zawile.
...bo jestem prawdziwa na swój sposób uzależniania się od ideałów.
...bo nie ma takiej drugiej osoby jak ja, która z taką zaciętością wzoruje się na kimś i jednocześnie to powoduje, że jest inna.
Poszukując siebie w innych, jestem sobą. Tak naprawdę to ja, tylko staram się tę osobę dalej udoskonalać i przybliżać do autorytetów. To jest moja kwintesencja. Poszukuję dalej, ale może już znalazłam?
Nie wiem jacy są inni i czy borykają się z podobnymi myślami, czy nie. Chyba to możliwe, że każdy ma swój ideał i do niego dąży...? Chciałabym to wiedzieć. Zresztą, chciałabym wiedzieć wszystko. Bardzo ciekawi mnie ta tajemnica, co myśli każda osoba, czy też ma taki pogmatwany umysł jak ja. Chciałabym mieć tę umiejętność, bo takie coś istnieje, trzeba tylko dobrze obserwować ludzi, nie dosłownie zaglądać do ich myśli. Ups, za dużo wygaduję, zaraz wyjdzie na punkcie czego mam obsesję. (I tak już pewnie większość wie, co ostatnio oglądam co niedzielę - Tak, to była wielka podpowiedź, pomyśl.)
Pstryk! - oderwanie od filozoficznie napisanych zdań, wymieszanych z wyrafinowanym naukowym słownictwem (nie gwarantuję, że dobrze ich użyłam!).
Ja się nudzę. Nawet nie teraz, nie w szkole, ale ogólnie, na dłuższą metę. Nudzi mnie na monotonia, ciągły postój w jednym miejscu... To mnie przytłacza! W podążaniu za moimi ideałami i również samą sobą, swoimi pragnieniami, chcę coś zmienić. Chcę wyjechać, błagam...! Czasem mam momenty, kiedy czuję, że nie wytrzymam ani sekundy w tym miejscu, z tymi zajęciami, ze wszystkim co mi znane, co mnie otacza. Chcę gdzieś jechać (moja chęć), w konkretne miejsce (oparte na ideałach). Jak wynika z powyższych, całe może życie i cała ja to współpraca mnie, tej prawdziwej, i moich autorytetów, które nie można uznać za coś złego, co zabrania mi własnych wyborów, ale jak coś, co jest dobre, od czego z jednej strony jestem zależna, ale jednocześnie podsuwa mi pomysły na zmiany w życiu, urozmaica je. Nie jestem od nich zależna, no, może tylko trochę osaczają moją wyobraźnię... Ale dzięki nim mam szansę działać i nie przegrać życia, tylko być szczęśliwą. Bo po co nam takie życie, żeby spędzić je w jednym kraju, przed jednym biurkiem robiąc ciągle to samo? Z taką wizją przyszłości odechciewa mi się żyć. Ale ideały zaczerpnięte z życia innych (nieważne czy prawdziwe, czy fikcyjne) powodują, że mam szansę zmienić to życie i się nim cieszyć. Taką miłą anegdotą (co to jest anegdota?) kończę dzisiejszy post. Do kolejnego, który mam nadzieję, przyjdzie jak najszybciej.


Y.O.L.O.u.y.h.h. 
you only live once, unless you have horcruxes

wtorek, 28 stycznia 2014

Pozytywniej proszę!

Odrzucając kolejny temat, o którym pisałam w czwartek, zapominając o nim i nie wracając do niego, zaczynam kolejny dzień, kolejny post z kolejnymi przemyśleniami. To co pisałam ostatnio było w niedalekiej przeszłości, ale porównując to ze zmianami zachodzącymi w mojej głowie niemal cały czas, tamte słowa były puste. Ja po prostu wstydzę się tego, co ostatnio pisałam. I tak jest zawsze. Wszystko galopuje naprzód i to, co uważałam za bardzo dołujące i ekstremalnie ważne, dzisiaj, po kilku dniach jest zupełną odwrotnością mnie. Mam bardzo, ale to bardzo zmienny nastrój i rano czuję się dobrze, a wieczorem skłania mnie do opisywania mojego nędznego życia. Dzisiaj zapominam na smutkach, które wydają się denne i niewarte uwagi, a przełączam się w tryb pozytywnego myślenia. Bo będąc szczerą, czemu ja się tak martwię i przejmuję tym wszystkim? Właściwie to niczym... Ja chyba nie wiem co to są problemy i nieszczęście. Teoretycznie powinnam być szczęśliwa - mam dosłownie wszystko, a bez tego czego nie mam, mogę spokojnie żyć. Na co dzień nie zwracam uwagi na to, jakie mam szczęście w posiadaniu tych zwykłych, prostych ale i bardzo ważnych rzeczy. Tymi nietrafnie nazwanymi rzeczami są oczywiście najprostsze jednostki takie jak kompletna rodzina, zdrowie, dobry stan materialny - ogólne pojęcia szczęścia, które niestety nie dotyczą każdego. Trudno jest zdać sobie sprawę z tego, że mamy to wszystko; czasem się zapominam i użalam się nad sobą - bo to, bo tamto. Dzisiaj jednak jest jednym z tych dni, w których naprawdę pamiętam o tym szczęściu i jestem mu wdzięczna. Mam również oparcie w mojej religii. Wspominałam, że kiedyś przejdę do tego tematu i tutaj właśnie chciałabym go poruszyć. W dzisiejszych czasach jakoś odczuwam religię jako coś słabego (?). Spotkałam się z tym, że ludzie dziwnie reagują na wiadomość, że byłam ze znajomą w kościele. Sama czasem ulegam wstydowi (potem zastanawiam się dlaczego) i z niechęciom o tym wspominam. Traktuję to jako sprawę osobistą, dopiero w sieci nauczyłam się otwierać na różne tematy, również ten. Ja wierzę w Boga, ale czuję się mała i rozdarta, ciężko jest mi czasem w tym trwać. Nie jestem humanistą, nie szukam dziury w całym, tylko oczekuję ścisłych dowodów, faktów. Dlatego tak bardzo dziwię się, że jeszcze trzymam się kurczowo Boga. Oczywiście, nie wyobrażam sobie chyba zaprzestania wiary w cokolwiek. Mało mamy dowodów, ale ja za pomocą determinacji i swojego własnego nakazu wierzę w to, w co powinnam i próbuję odnieść to do rzeczywistości. Najprostsze zjawiska tłumaczę sobie obecnością siły wyższej. Kiedy wątpię, jakby przypominam sobie jak powstał wszechświat (od Wielkiego Wybuchu, którego inicjacja jest tak bardzo niezrozumiała i nierealna, że pewnie mieszał w tym ktoś wyższy), uświadamiam sobie ile wiernych jest na świecie oraz myślę, jakim wspaniałym człowiekiem był nas papież Polak i również jest teraz Franciszek. Nie jestem jedyną osobą, która wpada w rozterki co do swojej wiary i nie jestem jedyną osobą, która wierzy. Przeżyłam dopiero głupie szesnaście lat i to moje życie nie jest inne od wszystkich na Ziemi. Nie wiem dlaczego tak bardzo zamartwiam się, że wszystko mi się nie powiedzie, że tak bardzo boję się co będzie jutro, za kilka lat, po śmierci, skoro ludzi jest tyle... Każdy z nich żyje tak jak ja, a ja jestem kolejnym pionkiem w grze, który za chwilę upadnie, a cały świat tego nie odczuje. Trudno mi o tym pisać zrozumiale, po prostu jako jednostka, każdy z nas żyje swoim życiem, aż do śmierci, która... z obiektywnego punktu widzenia jest normalna, ale z subiektywnego po prostu jesteśmy... kaput. Sam fakt, że potrafię myśleć jest niesamowity. Wszyscy ludzie, tak jak i zwierzęta, są układem mięśni, nerwów. Dlaczego i jak właśnie ja mogę myśleć tak abstrakcyjnie, snuć plany, wyciągać wnioski, pisać właśnie to, co myślę i układać w to dobrze dobrane zdania? Jak mogę wyobrażać sobie nieznane mi sytuacje czytając książki, jak mogę wierzyć w coś nieprawdopodobnego, czego nie jestem w stanie zobaczyć? To wszystko jest takie niesamowite, odkrywanie najmniejszej komórki ciała i zrozumienie jej działania jest porównywalne do poszerzania swojego wyobrażenia o wszechświecie, którym się tak fascynuję. Wszystko jest takie wielkie, nieskończone, a jednocześnie zbudowane z takich mikrych niewidocznych stworzonek, komóreczek... I jak to jest, że możemy myśleć tak świadomie, mimo że jesteśmy takim prostym organizmem, zbudowanym z takich prostych materiałów? Myśleć sensownie i dokonywać swoich wyborów. Ja mam zamiar żyć i pozostawić coś z tego życia, nie być kolejnym natrętnym człowiekiem, który tylko niszczy i korzysta, ale nic nie daje (jak to mamy w naturze). Teraz, siedząc przed laptopem i pisząc te słowa, z Majką na kolanach, dziękuję Panu, że mam takie dobre życie, dziadków, którzy co chwilę pytają czy nie jestem głodna, rudego psa, który tak zawzięcie domaga się mojej uwagi i przeszkadza mi w pisaniu, oraz że mam tak wielkie ambicje. Chciałabym działać i zrównoważyć to szkodzenie naszemu światu robiąc coś dobrego. 
Słowa może nie mają większego sensu czytając je po sobie. To co piszę to tylko mała część tego, co mam w głowie. Z prostego pozytywnego przesłania przeszłam do mojej wiary, a z tego do teorii wszechświata - tak bywa. Jeśli rozumiesz o czym pisze i co mam na myśli, to składam serdeczne gratulacje, bo sama nie do końca siebie rozumiem. Haha, czytając to co napisałam chyba wyszłam na fanatyczkę religijną i szukają drugiego dna filozofkę - powtarzając, tak bywa.
...chyba zmienię blog na prywatny, za dużo głupot tu piszę. Pozdrawiam!

czwartek, 23 stycznia 2014

Podejdź bliżej, poznaj moje myśli

Chciałabym się bardziej otworzyć. Chciałabym przelać te wszystkie moje myśli w miejsce, gdzie będą do odczytania, ale z drugiej strony boję się reakcji. No i pozostaje również kwestia umiejętnego podzielenia się tym, co mi siedzi w głowie. Wszystko tak prosto pojawia się w świadomości, ale kiedy przychodzi czas na otwarcie się, umiejętność pięknego układania słów i przekazywania tego w dobry, zrozumiały sposób, nagle znika, a wiele przemyśleń sytuacji tracą sens lub go zmieniają. Z pięknej historii miłosnej, w której tworzeniu często zagłębiam się w samotności, wychodzi puste erotyczne opowiadanie, a moje mniemania o życiu mogą zostać zrozumiane, że chcę zakończyć żywot. Bardzo trudno jest pozbierać wszystko do jednej kupy i opisać to tak, aby w stu procentach zgadzało się z rzeczywistością. Z doświadczenia jednak wiem, że wszystko co mówię, uprzednio dokładnie przemyślane, zawsze wychodzi zupełnie inaczej i wychodzę na wariatkę. Wszelkie snute plany są niczym, kiedy dochodzi do ujawnienia ich przed inną osobą.
Pisanie w pamiętniku, takim zwykłym w zeszycie, na kartkach, nie jest dla mnie okej. Oczywiście trzymam się tego, ale jednak uważam, że blog to zupełnie coś innego, lepszego. Jestem przyzwyczajona do możliwości usunięcia źle dobranych słów, a pisząc po kartce długopisem pozostaje nam ułomne używanie korektora, bądź kreślenie co drugie słowo. Dlatego chciałabym uważać ten blog jako rodzaj pamiętnika. Tylko kiedy już chcę zabrać się za pisanie, jak zwykle, urywam się po kilku zdaniach. To wszystko co czytasz, jest głupią plątaniną wyrazów, które staram się ułożyć w jedną całość i odnaleźć w nich sens. Chcę zapełnić chodź trochę miejsca, udając przed samą sobą, że jednak potrafię okiełznać pogubione myśli i je opublikować. Chcę zgłębiać osobiste tematy, by udowodnić sobie, że jestem odważna, że potrafię otworzyć się na ludzi.
Sama sobie zaprzeczam. Z jednej strony tłumaczę sobie, że blog jest jak pamiętnik, opisuję tu sprawy osobiste, moje odczucia... Ale z drugiej strony mam tę ochotę, aby ktoś interesował się mną, moimi przemyśleniami, żeby zaglądał tutaj i widział, co piszę. Tak bardzo rozdarta... Dlaczego to robię? Może dlatego, że mam okropną skłonność do upodabniania się do lubianych przeze mnie osób, postaci? Przykład? Hermiona (również Emma Watson), Bella Swan, Jenna Hamilton, Tori Vega (również Victoria Justice)... mam jeszcze wymieniać? Przede wszystkim powyższe postacie (i dwie aktorki) wpływają na moją osobą, i przyznam się, że w dużym stopniu. Kreuję własną postać opartą na wyżej wymienionych. Prowadzę bloga - to była moja decyzja, ale oparta na Jennie z "Innej". Sam mój nick wszystko znaczy; może nie całkowicie opierałam się na właśnie tej postaci, ale w większym stopniu to ona namówiła mnie do prowadzenia bloga i do takiego, a nie innego nicku. Hermiona, Bella i Tori to przede wszystkim styl ubierania. W dodatku staram się zachowywać jak ta trójka. I jaką ja postawę przedstawiam? Bezsilność. Jestem słaba i zależna od innych. Nie potrafię być całkowicie sobą przede wszystkim wśród znajomych. Wpadłam jakby w uzależnienie. Przystaję na tym, że głos w głowie pyta mnie "co by zrobiła Bella?". Zmieniłam się, nie jestem sobą. I jaką zdobywam opinię? Słabej i podatnej na opinię innych, niezrównoważonej dziewczyny. Ale czy to nie dobrze, że mam cel w życiu, że dążę do ideału? Każdy z nas dąży do tego, aby być jak najlepszym. Więc czy tylko ja robię to, upodabniając się do moich ideałów? Moim ideałem jest połączenie tych dziewczyn, kobiet. Jest to osoba ładna, mądra, zabawna ale również skromna, zamknięta w sobie, błądząca w swoim świecie. Może ta druga część nieco zgada się z moim usposobieniem, ale dwa pierwsze przymiotniki niestety mnie nie określają. Dlatego dążę do tego, aby to zmienić! Czy to naprawdę jest dziwne, że chcę upodobnić się do kogoś, zyskując na tym cechy, których tak bardzo pożądam?

piątek, 3 stycznia 2014

Jestem Twoją siłą

Szukałam pomocy. Jako kolejny krok walki z moimi może nie tak wielkimi, ale jednak problemami, wybrałam książkę Demi Lovato. Nie jest to zwykła lektura, którą czytam przez kilka(naście) dni. Tę książkę postanowiłam czytać z dnia na dzień, tak jak jest napisana. Na każdą datę, przez 365 dni w roku, przeznaczone jest jedno zadanie. Tym razem dostałam następujący rozkaz:

Wstań i przemów w imieniu tych, którzy jeszcze tego nie potrafią. Daj im wsparcie i siłę.

I co mam zrobić? Nie jest to trudne zadanie, gdyż pierwsze co mi przyszło na myśl to blog. Tutaj bez żadnych skrupułów pisałam o moim życiu, więc i teraz bezwstydnie mogę podzielić się z Wami krótką mową.
Więc nie jesteście sami. Brzmi to strasznie banalnie. Oczywiście jakże inaczej mogłoby brzmieć. Aby wykonać to zadanie, które podała mi Lovato, w sumie mogłabym skończyć na tym pierwszym. Ale chcę wykończyć ten temat i napisać z serca, dla wszystkich którzy naprawdę czują, że są jedyni z problemami na tym świecie. Otóż się mylicie. Każdy ma jakieś problemy, niektórzy duże, inni małe. Większość sobie radzi, ale my, ci, którzy są wrażliwsi i bardzo uzależnieni od opinii otoczenia, mamy z tym duży problem. Jak ja sobie z tym radzę? Ze wszystkimi problemami? Chyba sobie nie radzę. Wcześniej pozostawiałam je samym sobie, czekałam aż przeminą lub się rozwiążą. Teraz chyba nadal tak jest, jednak zaczęłam bardziej dbać o to, abym to ja kierowała swoim życiem. Pomagam sobie rozkazami w głowie. To głupie? Jak na razie działa, bo sama siebie zmuszam do robienia czegoś odważnego, wychylam się z mojej małej posępnej postaci, prostuję plecy i idę naprzód.
Na razie moje słowa są pełne otuchy i zapewne czytając to, nie widzicie w nich posępnej dziewczyny, która czai się za ekranem. Tak, ostatnio czuję się lepiej, nie wiem do końca czemu. Długo nie miałam jakichś załamań, bardzo złego nastroju ani niechęci do życia. Staram się jak najdłużej utrzymać ten stan, gdyż jest mi po prostu na rękę. Już mówiąc całkowicie subiektywnie, może to sprawka Boga, który czuwa nad moim życiem? Bądź co bądź, ostatnimi czasy wzięłam się za sprawy związane z moją wiarą i czuję się naprawdę dobrze. Przy okazji informuję samą siebie, że nie jestem sama, nawet gdy dzieje się nie tak, jak bym chciała. Zaczynam dostrzegać pozytywy tego życia. "Bądź wdzięczna za wszystko, co masz." Staram się nie pogrążać małymi problemami, które naprawdę chowają się z niektórymi znanymi tragediami z życia innych osób. Wyjdź poza nasze otoczenie, poza nasz kraj. Ciesz się, że masz rodziców, dom, prawo do nauki, żywność, wszelkie dobra techniczne... Ciesz się z tego, gdyż w innych krajach nie jest tak dobrze. Ciesz się i jednocześnie szanuj to, co masz. I nie obwiniaj się z tego powodu. Celem tego jest zrozumienie, że mimo tych naszych problemów, zdarzają się większe. Mamy prawo do smutku z powodu szkoły (nie porównujmy problemów trzeciego świata do naszych!), ale po prostu uświadommy sobie, że tak naprawdę jesteśmy niezłymi szczęściarami.
Takim pozytywnym stwierdzeniem żegnam i pamiętajcie, że nie jesteście sami (nieważne jak bardzo banalnie to brzmi).