wtorek, 28 stycznia 2014

Pozytywniej proszę!

Odrzucając kolejny temat, o którym pisałam w czwartek, zapominając o nim i nie wracając do niego, zaczynam kolejny dzień, kolejny post z kolejnymi przemyśleniami. To co pisałam ostatnio było w niedalekiej przeszłości, ale porównując to ze zmianami zachodzącymi w mojej głowie niemal cały czas, tamte słowa były puste. Ja po prostu wstydzę się tego, co ostatnio pisałam. I tak jest zawsze. Wszystko galopuje naprzód i to, co uważałam za bardzo dołujące i ekstremalnie ważne, dzisiaj, po kilku dniach jest zupełną odwrotnością mnie. Mam bardzo, ale to bardzo zmienny nastrój i rano czuję się dobrze, a wieczorem skłania mnie do opisywania mojego nędznego życia. Dzisiaj zapominam na smutkach, które wydają się denne i niewarte uwagi, a przełączam się w tryb pozytywnego myślenia. Bo będąc szczerą, czemu ja się tak martwię i przejmuję tym wszystkim? Właściwie to niczym... Ja chyba nie wiem co to są problemy i nieszczęście. Teoretycznie powinnam być szczęśliwa - mam dosłownie wszystko, a bez tego czego nie mam, mogę spokojnie żyć. Na co dzień nie zwracam uwagi na to, jakie mam szczęście w posiadaniu tych zwykłych, prostych ale i bardzo ważnych rzeczy. Tymi nietrafnie nazwanymi rzeczami są oczywiście najprostsze jednostki takie jak kompletna rodzina, zdrowie, dobry stan materialny - ogólne pojęcia szczęścia, które niestety nie dotyczą każdego. Trudno jest zdać sobie sprawę z tego, że mamy to wszystko; czasem się zapominam i użalam się nad sobą - bo to, bo tamto. Dzisiaj jednak jest jednym z tych dni, w których naprawdę pamiętam o tym szczęściu i jestem mu wdzięczna. Mam również oparcie w mojej religii. Wspominałam, że kiedyś przejdę do tego tematu i tutaj właśnie chciałabym go poruszyć. W dzisiejszych czasach jakoś odczuwam religię jako coś słabego (?). Spotkałam się z tym, że ludzie dziwnie reagują na wiadomość, że byłam ze znajomą w kościele. Sama czasem ulegam wstydowi (potem zastanawiam się dlaczego) i z niechęciom o tym wspominam. Traktuję to jako sprawę osobistą, dopiero w sieci nauczyłam się otwierać na różne tematy, również ten. Ja wierzę w Boga, ale czuję się mała i rozdarta, ciężko jest mi czasem w tym trwać. Nie jestem humanistą, nie szukam dziury w całym, tylko oczekuję ścisłych dowodów, faktów. Dlatego tak bardzo dziwię się, że jeszcze trzymam się kurczowo Boga. Oczywiście, nie wyobrażam sobie chyba zaprzestania wiary w cokolwiek. Mało mamy dowodów, ale ja za pomocą determinacji i swojego własnego nakazu wierzę w to, w co powinnam i próbuję odnieść to do rzeczywistości. Najprostsze zjawiska tłumaczę sobie obecnością siły wyższej. Kiedy wątpię, jakby przypominam sobie jak powstał wszechświat (od Wielkiego Wybuchu, którego inicjacja jest tak bardzo niezrozumiała i nierealna, że pewnie mieszał w tym ktoś wyższy), uświadamiam sobie ile wiernych jest na świecie oraz myślę, jakim wspaniałym człowiekiem był nas papież Polak i również jest teraz Franciszek. Nie jestem jedyną osobą, która wpada w rozterki co do swojej wiary i nie jestem jedyną osobą, która wierzy. Przeżyłam dopiero głupie szesnaście lat i to moje życie nie jest inne od wszystkich na Ziemi. Nie wiem dlaczego tak bardzo zamartwiam się, że wszystko mi się nie powiedzie, że tak bardzo boję się co będzie jutro, za kilka lat, po śmierci, skoro ludzi jest tyle... Każdy z nich żyje tak jak ja, a ja jestem kolejnym pionkiem w grze, który za chwilę upadnie, a cały świat tego nie odczuje. Trudno mi o tym pisać zrozumiale, po prostu jako jednostka, każdy z nas żyje swoim życiem, aż do śmierci, która... z obiektywnego punktu widzenia jest normalna, ale z subiektywnego po prostu jesteśmy... kaput. Sam fakt, że potrafię myśleć jest niesamowity. Wszyscy ludzie, tak jak i zwierzęta, są układem mięśni, nerwów. Dlaczego i jak właśnie ja mogę myśleć tak abstrakcyjnie, snuć plany, wyciągać wnioski, pisać właśnie to, co myślę i układać w to dobrze dobrane zdania? Jak mogę wyobrażać sobie nieznane mi sytuacje czytając książki, jak mogę wierzyć w coś nieprawdopodobnego, czego nie jestem w stanie zobaczyć? To wszystko jest takie niesamowite, odkrywanie najmniejszej komórki ciała i zrozumienie jej działania jest porównywalne do poszerzania swojego wyobrażenia o wszechświecie, którym się tak fascynuję. Wszystko jest takie wielkie, nieskończone, a jednocześnie zbudowane z takich mikrych niewidocznych stworzonek, komóreczek... I jak to jest, że możemy myśleć tak świadomie, mimo że jesteśmy takim prostym organizmem, zbudowanym z takich prostych materiałów? Myśleć sensownie i dokonywać swoich wyborów. Ja mam zamiar żyć i pozostawić coś z tego życia, nie być kolejnym natrętnym człowiekiem, który tylko niszczy i korzysta, ale nic nie daje (jak to mamy w naturze). Teraz, siedząc przed laptopem i pisząc te słowa, z Majką na kolanach, dziękuję Panu, że mam takie dobre życie, dziadków, którzy co chwilę pytają czy nie jestem głodna, rudego psa, który tak zawzięcie domaga się mojej uwagi i przeszkadza mi w pisaniu, oraz że mam tak wielkie ambicje. Chciałabym działać i zrównoważyć to szkodzenie naszemu światu robiąc coś dobrego. 
Słowa może nie mają większego sensu czytając je po sobie. To co piszę to tylko mała część tego, co mam w głowie. Z prostego pozytywnego przesłania przeszłam do mojej wiary, a z tego do teorii wszechświata - tak bywa. Jeśli rozumiesz o czym pisze i co mam na myśli, to składam serdeczne gratulacje, bo sama nie do końca siebie rozumiem. Haha, czytając to co napisałam chyba wyszłam na fanatyczkę religijną i szukają drugiego dna filozofkę - powtarzając, tak bywa.
...chyba zmienię blog na prywatny, za dużo głupot tu piszę. Pozdrawiam!

1 komentarz:

  1. I za to cię kocham, wiesz??? ;D
    Jesteś jedną z nielicznych, PRAWDZIWYCH osób :)
    BTW Dziękuję za ten obrazek i wiem, jak to głupio może zabrzmieć, ale nawet nie wiesz, jak mi to dziś pomogło...
    PS NIE WAŻ MI SIĘ ZMIENIAĆ BLOGA NA PRYWATNY!!!

    OdpowiedzUsuń