Na co dzień żyję w tym realnym, rzeczywistym i ekstremalnie normalnym świecie, w którym, jak każdy wie, jest... normalnie. "Normalność nudzi", powiedział André Harris do Tori Vega w drugim odcinku Victorii. Ja, aby chodź na chwilę odejść od tej nudnej rzeczywistości, uciekam do marzeń. W głowie układam tysiące historii, idealnie dopracowanych, zawierających niesamowite wyobrażenie zupełnie innego, drugiego świata. Wszystko jest dopięte na ostatni guzik, za każdym razem, kiedy powracam do danej (wymyślonej) sytuacji, coraz bardziej zagłębia się ona w mojej głowie. Powstaje z tego niesamowita historia, z której na marginesie jestem bardzo dumna. Nic, tylko ją spisać. Gdybym naprawdę chciała się zaangażować w opisanie tego wszystkiego... chyba by mnie to przytłoczyło. Dopiero wtedy zdałabym sobie sprawę, jak mało zrobiłam w tym kierunku. W mojej idealnej powieści brakuje tyle wydarzeń, nie jest ani trochę spójna. Najczęściej skupiam się na poszczególnych chwilach, jednakże właśnie te momenty są tak bardzo dopracowane.
A o czym myślę? Niewątpliwe, że o swoim idealnym życiu, napajam się tym, czego w prawdziwym świecie nigdy nie zrobię, nie jestem w stanie, tym co jest nierealne. Wyrywam się z nudnej rzeczywistości.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
wtorek, 10 grudnia 2013
Głupia zakochana ja
Nie ma dnia, w którym nie wytykałabym sobie, że jestem głupia. Najczęściej jest to tuż po jakichś kompromitujących sytuacjach, złych słowach, dziwnych zachowaniach. Ale takie rzeczy da się przewidzieć. Mogę je zmienić, wystarczy, że będę się kierować zasadą najpierw myśl, potem mów. Tyle w teorii. W praktyce jednak dominuje moja pierwsza reakcja, która nie zawsze (a raczej bardzo często) okazuje się niewłaściwa. Jednakże wracając do panowania nad tymi słowami i czynami - owszem, w pewnym stopniu jestem w stanie je zmienić, żeby uniknąć upokorzenia lub dziwnych spojrzeń.
Najgorszą jednak rzeczą w mojej głupocie jest wyklęty przeze mnie mój mózg. Jego pewna część, która rządzi się własnymi prawami dominuje nad rozsądkiem i prowadzi mnie ku kompromitacji. Nie tylko kompromitacji wśród ludzi, również do takiej samotnej. Czuję się upokorzona sama przed sobą, osądzam się za bezsilność w starciu z tym głosem w głowie, który właściwie panuje nad całym moim ciałem. A co mnie tak najbardziej irytuje w tym wszystkim?
Głupia zakochana ja - najprostsze określenie mojej osoby. Myślałam, że jestem silna i panuję nad swoimi myślami, że panuję nad otaczającym mnie światem. Jednak mój rozsądek, kiedy tego nie dopilnuję, ustępuje miejsce tej złej stronie. Może nie złej, ale na pewno niekorzystnej. Zamiast skupić się na ważnych rzeczach, ja odpływam myślami. Mam bardzo dużą tendencję do szybkiego zakochiwania się. To nic fajnego, przeciwnie, przekleństwo. Czasami jest tak, że nie potrafię o niczym innym myśleć. Oby dwie strony walczą ze sobą - jedna aż krzyczy "Spójrz na mnie!", za to druga stara się sprawiać wrażenie niezainteresowanej. Jak to się kończy? Nijak. Odpływam w swój własny świat, rozdarta na dwa fronty. Z jednej strony pragnę, żeby zwrócił na mnie uwagę, z drugiej chcę uciekać, bo wiem, że mimo wszystko nic z tego nie będzie, nie chcę zaprzątać sobie myśli niepotrzebnymi sprawami. Hamują mnie moja nieśmiałość (z którą jest różnie - nie chodzi o to, że boję się rozmawiać z chłopakami, przeciwnie, lepiej dogaduję się z nimi niż z niektórymi dziewczynami. Mam na myśli raczej fakt, że nie potrafię zagadać pierwsza, zaprosić na Facebooku... nie potrafię być inicjatorem, to nie moja gra) oraz niska samoocena. To drugie nie daje mi żyć.
Nie lubię siebie. Dzisiaj i przez kilka poprzednich dni przechodzę ten sam kryzys, który bardzo często się powtarza. Wiem co pisałam wcześniej - każdy nie jest idealny, kochajmy siebie, blablabla... Teraz mnie to nie obchodzi. Czuję się brzydka i wstydzę się tego. Nie lubię chodzić do szkoły, nie lubię pokazywać się ludziom. Nie lubię, kiedy ktoś mi się podoba, bo wiem, że ja jemu na pewno nie. Dlatego tak bardzo jestem rozdarta w kwestii moich sympatii. Dlatego za wszelką cenę mój rozsądek unika tych naturalnych zachowań, które dałyby coś po mnie znać. Czasami robię sobie nadzieje, a może jednak nie jest tak źle, jednak potem wszystko wraca. I tak jest nadal.
Najgorszą jednak rzeczą w mojej głupocie jest wyklęty przeze mnie mój mózg. Jego pewna część, która rządzi się własnymi prawami dominuje nad rozsądkiem i prowadzi mnie ku kompromitacji. Nie tylko kompromitacji wśród ludzi, również do takiej samotnej. Czuję się upokorzona sama przed sobą, osądzam się za bezsilność w starciu z tym głosem w głowie, który właściwie panuje nad całym moim ciałem. A co mnie tak najbardziej irytuje w tym wszystkim?
Głupia zakochana ja - najprostsze określenie mojej osoby. Myślałam, że jestem silna i panuję nad swoimi myślami, że panuję nad otaczającym mnie światem. Jednak mój rozsądek, kiedy tego nie dopilnuję, ustępuje miejsce tej złej stronie. Może nie złej, ale na pewno niekorzystnej. Zamiast skupić się na ważnych rzeczach, ja odpływam myślami. Mam bardzo dużą tendencję do szybkiego zakochiwania się. To nic fajnego, przeciwnie, przekleństwo. Czasami jest tak, że nie potrafię o niczym innym myśleć. Oby dwie strony walczą ze sobą - jedna aż krzyczy "Spójrz na mnie!", za to druga stara się sprawiać wrażenie niezainteresowanej. Jak to się kończy? Nijak. Odpływam w swój własny świat, rozdarta na dwa fronty. Z jednej strony pragnę, żeby zwrócił na mnie uwagę, z drugiej chcę uciekać, bo wiem, że mimo wszystko nic z tego nie będzie, nie chcę zaprzątać sobie myśli niepotrzebnymi sprawami. Hamują mnie moja nieśmiałość (z którą jest różnie - nie chodzi o to, że boję się rozmawiać z chłopakami, przeciwnie, lepiej dogaduję się z nimi niż z niektórymi dziewczynami. Mam na myśli raczej fakt, że nie potrafię zagadać pierwsza, zaprosić na Facebooku... nie potrafię być inicjatorem, to nie moja gra) oraz niska samoocena. To drugie nie daje mi żyć.
Nie lubię siebie. Dzisiaj i przez kilka poprzednich dni przechodzę ten sam kryzys, który bardzo często się powtarza. Wiem co pisałam wcześniej - każdy nie jest idealny, kochajmy siebie, blablabla... Teraz mnie to nie obchodzi. Czuję się brzydka i wstydzę się tego. Nie lubię chodzić do szkoły, nie lubię pokazywać się ludziom. Nie lubię, kiedy ktoś mi się podoba, bo wiem, że ja jemu na pewno nie. Dlatego tak bardzo jestem rozdarta w kwestii moich sympatii. Dlatego za wszelką cenę mój rozsądek unika tych naturalnych zachowań, które dałyby coś po mnie znać. Czasami robię sobie nadzieje, a może jednak nie jest tak źle, jednak potem wszystko wraca. I tak jest nadal.
sobota, 7 grudnia 2013
Nic specjalnego
Nudzi mnie to wszystko. Może i jestem odwiecznym pesymistą, ale nic mnie nie cieszy w tym codziennym rytualne. Wszystko jest takie samo. Tydzień goni tydzień, każdy dzień to odczuwalny poniedziałek.
Shortest horror story: Monday
Jak co tydzień, w sobotę poświęcam calutki dzień mojemu najlepszemu przyjacielowi - panu Laptopowi. Rodzice jadą na działkę, a ja, do południa w piżamie, siedzę zgarbiona przed monitorem i psuję nie tylko wzrok, ale również mój krzywy już kręgosłup. Mimo to, że mam cały dzień zmarnowany, to przynajmniej mam z głowy wirtualne sprawy na cały tydzień. Post na blogu? Nowy odcinek serialu? Wszystko to robię w sobotę, żeby nie mieć zawalonej głowy sieciowymi sprawami w resztę dni. Dzisiaj załatwiłam ocenę w ocenialni, w której od niedawna pracuję, dziesięć odcinków "Seksu w wielkim mieście" (który wczoraj postanowiłam oglądać od samego początku) i oczywiście post, który aktualnie piszę. Na nim właściwie skończę, bo czeka na mnie jakże kochany angielski... Nie na długo, bo o 20:25 "Casino Royale". Tak więc wyglądają moje plany na dzisiejszą sobotę.
Nie wiem o czym więcej mam napisać. Długo nie pojawiały się notki przede wszystkim właśnie z tego powodu. Dzisiaj jestem w... dziwnym nastroju. Nie czuję się smutna, ale też nie czuję się szczęśliwa. Wspominając wyżej, nudzi mnie życie. Gdyby to wszystko było takie lekkie, takie zmienne... Wiem, to głupie porównanie, o którym zaraz wspomnę - gdyby można było zmienić życie. Grając w grę The Sims kiedy znudzi Ci się dana rodzina, zmieniasz ją. Raz jesteś podróżnikiem, innym razem prawnikiem, lekarzem albo kimś złym. Robisz z życiem co chcesz. Dlaczego jesteśmy w takiej sytuacji, że nie możemy zmienić naszego życia, nie możemy zmienić siebie? Dlaczego jestem skazana na swoją osobę? I to przez całe życia, a według mojej wiary (której czasami nie potrafię pojąć, ale o tym napiszę osobną notkę), nawet po śmierci.
Teoretycznie można zmienić życie, obrócić je nawet o 180 stopni. Ale co, jeśli ktoś nie ma problemu ze swoją sytuacją, ale ze sobą? Co jeśli nie chce już być sobą? Co jeśli nie lubi siebie? Taka sytuacja nie ma wyjścia. I co wtedy...?
sobota, 23 listopada 2013
Zanim umrę...
Dzisiaj chciałabym podjąć troszkę luźniejszy temat. Nie będę się za bardzo rozpisywać, tylko przedstawię w punkach moje największe marzenia, które chciałabym spełnić w trakcie mojego życia, czyli zanim umrę.
16. Studiować w Anglii.
17. Spróbować kremowego piwa.
18. Nauczyć się grać na skrzypcach.
19. Być najlepszą uczennicą w szkole.
20. Pilotować samolot.
Zanim umrę, chciałabym...
1. Zakochać się z wzajemnością.
2. Zamieszkać w Londynie.
3. Zagrać w filmie.
4. Znaleźć prawdziwego przyjaciela.
5. Odwiedzić wiele znanych miejsc na świecie - wejść na wieżę Eiffla, przespacerować się po murze chińskim, odwiedzić Taj Mahal, Hollywood, Las Vegas...
.
2. Zamieszkać w Londynie.
3. Zagrać w filmie.
4. Znaleźć prawdziwego przyjaciela.
5. Odwiedzić wiele znanych miejsc na świecie - wejść na wieżę Eiffla, przespacerować się po murze chińskim, odwiedzić Taj Mahal, Hollywood, Las Vegas...
.
.
6. Napisać książkę.
7. Mieszkać w wymarzonym domu.
8. Pływać z delfinami.
9. Nauczyć się strzelać z łuku.
10. Spędzić tydzień na bezludnej wyspie (coś w stylu survivalu).
.
6. Napisać książkę.
7. Mieszkać w wymarzonym domu.
8. Pływać z delfinami.
9. Nauczyć się strzelać z łuku.
10. Spędzić tydzień na bezludnej wyspie (coś w stylu survivalu).
.
.
11. Odwiedzić wszystkie miejsca, gdzie były kręcone moje ukochane filmy.
12. Spotkać Emmę Watson.
13. Sturlać się ze wzgórza z nudów.
14. Polecieć w kosmos.
15. Wziąć udział w charytatywnej wycieczce do Afryki, spotkać tutejsze dzieci, przebywać z nimi.
.
11. Odwiedzić wszystkie miejsca, gdzie były kręcone moje ukochane filmy.
12. Spotkać Emmę Watson.
13. Sturlać się ze wzgórza z nudów.
14. Polecieć w kosmos.
15. Wziąć udział w charytatywnej wycieczce do Afryki, spotkać tutejsze dzieci, przebywać z nimi.
.
16. Studiować w Anglii.
17. Spróbować kremowego piwa.
18. Nauczyć się grać na skrzypcach.
19. Być najlepszą uczennicą w szkole.
20. Pilotować samolot.
***
Niby to niewiele, ale w miarę jak będę mi się przypominać kolejne marzenia, będę aktualizować listę.
Chcę na koniec przypomnieć, obwieścić, oznajmić itd., że od wczoraj w kinach możemy oglądać "W pierścieniu ognia". Oczywiście musiałam już film obejrzeć. Bardzo polecam, film genialny. Zresztą nie potrafię go skrytykować, jestem wielką fanką HG. Pozdrawiam i zachęcam do obejrzenia drugiej części przygód Katniss.
środa, 20 listopada 2013
Wspomnienia
Wzięło mnie na przemyślenia o dawnych czasach podczas spaceru z psem. Zresztą wtedy najczęściej nachodzą mnie filozoficzne wizje...
Tak więc przechodziłam po bardzo dobrze znanym mi osiedlu i myślałam, jak to było, kiedy bawiłam się tu z moimi małymi rówieśnikami. Wtedy żyłam sobie w dziecięcym świecie, uważałam, że wszystko jest takie dobre i kolorowe. Teraz patrzę na życie szaro, ale dzisiaj jednak wprowadzę trochę pozytywnego myślenia do posta i przedstawię te małe, aczkolwiek bardzo miło przeze mnie wspominane sytuacje.
Byłam sobie małym zerówkowiczem, a dokładniej Puchatkiem. W moim małym kolorowym życiu zagościły dwie osoby, z którymi nadal widuję się na co dzień i które nadal są tak nieogarnięte jak kiedyś. Zachciałyśmy pełnej dominacji wśród Puchatków, nie mogłybyśmy pozwolić, żeby jakieś młodsze o rok dziewczynki dyktowały nam, co mamy robić. Zaczęłyśmy je straszyć zjawami. Zdziwiła mnie wyobraźnia moich koleżanek, gdyż jedna z nich opowiadała historie prawie jak z horroru. Najzabawniejsze było to, że sama się bałam. Z biegiem czasu przestałyśmy o tym mówić, gdyż straszyłyśmy się nawzajem i bądź co bądź nie wychodziło nam to na dobre.
Potem byli typki spod ciemnej ulicy, czyli ja i trzech moich kuzynów. Przebywanie z nimi przez pewien czas wspominam naprawdę miło, mimo że same kontakty rodzinne nie były i nie są dobrze zachowane. Ale wtedy byłam dzieckiem i żyłam w innym świecie, prawda? Stałam się małą chłopczycą, joł, gangsta i te sprawy. Ale mówiąc całkowicie na poważnie, to owszem, lubiłam bawić się z chłopakami, grać z nimi w wyścigi samochodowe i właśnie być joł gangsta typkami. Chodziliśmy wieczorami przed domem wujostwa, "dewastowaliśmy" drzewa (co z prawdziwą dewastacją nie miało nic wspólnego), robiliśmy niebezpieczne zdjęcia... Strach się bać!
Bardzo często również spędzałam czas z chłopakami z mojej klasy. Pamiętam jak razem z kolegą przychodziliśmy do siebie nawzajem i siedzieliśmy do wieczora. U mnie najczęściej graliśmy w gry planszowe, a u niego na komputerze w "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu". Z jedną koleżanką uzależniłyśmy się od patrzenia, jak gra nasz towarzysz i odwiedzałyśmy go codziennie. Nie wspomnę, że obie byłyśmy (i jesteśmy!) wielkimi fankami HP.
W okresie szkolnym również było ciekawie. Moda na karteczki, pamiętniki, gazetki WITCH... Było tego masę. Razem z koleżankami założyłyśmy swój wspólny zeszyt, w którym pisałyśmy na zmianę takie po prostu notki. Był to naprawdę bardzo fajny pomysł, myślałam, że przez to bardziej zbliżymy się do siebie i będziemy prawdziwymi przyjaciółkami. Skończyło się jak się skończyło, a zeszyt, zapomniany, wylądował u mnie i nadal leży w jednym z pudeł na stare graty. Chętnie jednak, przede wszystkim podczas porządków, wracam do niego i czytam pierwsze wpisy, które były najbardziej regularne (wspomnę, że była określona kolejka do posiadania zeszytu).
Szkoła szkołą, ale co pewien czas, jak to w podstawówce, ludzie wyprawiali urodziny. Bardzo wesoło wspominam te przyjęcia. Nie było takiego, na którym nie stałoby się coś zabawnego. Raz bawiąc się w chowanego z koleżanką uciekłyśmy do łazienki, schowałyśmy się pod prysznicem, który niestety przez dziwną niezrozumiałą czarną magię włączył się i wyszłyśmy z łazienki całe mokre. Potem ktoś przewrócił choinkę, regał, telewizor, komputer, zrzucił lampę z sufitu, wylał sok, wywalił ciasto, zalał łazienkę, zepsuł drzwi... Innymi słowy, udane urodziny były wtedy, kiedy coś się zniszczyło.
Wakacje spędzałam najczęściej u babci na wsi. Wtedy, dzięki moim namowom, przyjeżdżała dwa lata starsza kuzynka. Po którymś roku spotkań w lato zaczęłyśmy kręcić pełnometrażowe profesjonalne filmy fabularne. Tak to pokochałyśmy, że do teraz, za każdym razem kiedy się widujemy, wracamy do poprzednich odcinków i robimy nowe, coraz to lepsze. Niestety od dwóch lat się nie widziałyśmy i wątpię w kolejne wygłupy przed kamerą. Teraz, przede wszystkim kiedy internet wysiada, z nudów zajmuję się przeróbką tych filmów i powiem szczerze, że jestem zadowolona z moich prac. Chętnie bym je tu wstawiła, ale nie zrobię tego przede wszystkim ze względu na moją anonimowość.
Inną zabawą, w przerwie kręcenia pełnometrażowych profesjonalnych filmów fabularnych, była wielka akcja super-agentek w pobliskiej stodole wujka (nie tego od typków). Nie wiem dlaczego taką frajdę sprawiało mi chodzenie po wielkich kostkach siana i słomy, ale teraz mam po tym niesamowite wspomnienia. Zakradałyśmy się do stodoły, chowałyśmy się przez złą ciotką i "buszowałyśmy" pomiędzy kolejnymi wieżami ze słomy sięgającymi aż do dachu. Wchodziłyśmy na samą górę i po prostu tam siedziałyśmy. Zwykła rzecz, ale dla mnie bardzo ważna.
Wiem, to co piszę jest właściwie bez ładu i składu. Nie wiem jak ładnie przejść z jednych wspomnień do drugich, po prostu opisuję te najważniejsze dla mnie wydarzenia, którymi tak bardzo chciałabym się podzielić. Te małe rzeczy, jak gra w "Więźnia Azkabanu" (w którego nie miałam okazji grać sama i w końcu w akcie desperacji kupię tę grę bądź pożyczę od kolegi, o którym wspominałam) lub nagrywanie filmów są dla mnie takim wspomnieniem starych dobrych czasów.
Wiele tych słów, które znajdują się w powyższym tekście wprowadziłam teraz, nie kiedyś. Patrząc dziś na te wydarzenia nadaję im nowe nazwy, np. gangsta (wtedy nie znałam tego słowa) lub sarkastyczne pełnometrażowy profesjonalny film fabularny. Ma to w sobie pewien żart, chcę wprowadzić nieco humoru do moich wspomnień, przede wszystkim jeśli opisuję je w sieci.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym dość długim monologiem. Jeśli nadal żyjecie, to zachęcam do przedstawiania swoich własnych wspomnień z dzieciństwa.
Pozdrawiam.
Tak więc przechodziłam po bardzo dobrze znanym mi osiedlu i myślałam, jak to było, kiedy bawiłam się tu z moimi małymi rówieśnikami. Wtedy żyłam sobie w dziecięcym świecie, uważałam, że wszystko jest takie dobre i kolorowe. Teraz patrzę na życie szaro, ale dzisiaj jednak wprowadzę trochę pozytywnego myślenia do posta i przedstawię te małe, aczkolwiek bardzo miło przeze mnie wspominane sytuacje.
Byłam sobie małym zerówkowiczem, a dokładniej Puchatkiem. W moim małym kolorowym życiu zagościły dwie osoby, z którymi nadal widuję się na co dzień i które nadal są tak nieogarnięte jak kiedyś. Zachciałyśmy pełnej dominacji wśród Puchatków, nie mogłybyśmy pozwolić, żeby jakieś młodsze o rok dziewczynki dyktowały nam, co mamy robić. Zaczęłyśmy je straszyć zjawami. Zdziwiła mnie wyobraźnia moich koleżanek, gdyż jedna z nich opowiadała historie prawie jak z horroru. Najzabawniejsze było to, że sama się bałam. Z biegiem czasu przestałyśmy o tym mówić, gdyż straszyłyśmy się nawzajem i bądź co bądź nie wychodziło nam to na dobre.
Potem byli typki spod ciemnej ulicy, czyli ja i trzech moich kuzynów. Przebywanie z nimi przez pewien czas wspominam naprawdę miło, mimo że same kontakty rodzinne nie były i nie są dobrze zachowane. Ale wtedy byłam dzieckiem i żyłam w innym świecie, prawda? Stałam się małą chłopczycą, joł, gangsta i te sprawy. Ale mówiąc całkowicie na poważnie, to owszem, lubiłam bawić się z chłopakami, grać z nimi w wyścigi samochodowe i właśnie być joł gangsta typkami. Chodziliśmy wieczorami przed domem wujostwa, "dewastowaliśmy" drzewa (co z prawdziwą dewastacją nie miało nic wspólnego), robiliśmy niebezpieczne zdjęcia... Strach się bać!
Bardzo często również spędzałam czas z chłopakami z mojej klasy. Pamiętam jak razem z kolegą przychodziliśmy do siebie nawzajem i siedzieliśmy do wieczora. U mnie najczęściej graliśmy w gry planszowe, a u niego na komputerze w "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu". Z jedną koleżanką uzależniłyśmy się od patrzenia, jak gra nasz towarzysz i odwiedzałyśmy go codziennie. Nie wspomnę, że obie byłyśmy (i jesteśmy!) wielkimi fankami HP.
W okresie szkolnym również było ciekawie. Moda na karteczki, pamiętniki, gazetki WITCH... Było tego masę. Razem z koleżankami założyłyśmy swój wspólny zeszyt, w którym pisałyśmy na zmianę takie po prostu notki. Był to naprawdę bardzo fajny pomysł, myślałam, że przez to bardziej zbliżymy się do siebie i będziemy prawdziwymi przyjaciółkami. Skończyło się jak się skończyło, a zeszyt, zapomniany, wylądował u mnie i nadal leży w jednym z pudeł na stare graty. Chętnie jednak, przede wszystkim podczas porządków, wracam do niego i czytam pierwsze wpisy, które były najbardziej regularne (wspomnę, że była określona kolejka do posiadania zeszytu).
Szkoła szkołą, ale co pewien czas, jak to w podstawówce, ludzie wyprawiali urodziny. Bardzo wesoło wspominam te przyjęcia. Nie było takiego, na którym nie stałoby się coś zabawnego. Raz bawiąc się w chowanego z koleżanką uciekłyśmy do łazienki, schowałyśmy się pod prysznicem, który niestety przez dziwną niezrozumiałą czarną magię włączył się i wyszłyśmy z łazienki całe mokre. Potem ktoś przewrócił choinkę, regał, telewizor, komputer, zrzucił lampę z sufitu, wylał sok, wywalił ciasto, zalał łazienkę, zepsuł drzwi... Innymi słowy, udane urodziny były wtedy, kiedy coś się zniszczyło.
Wakacje spędzałam najczęściej u babci na wsi. Wtedy, dzięki moim namowom, przyjeżdżała dwa lata starsza kuzynka. Po którymś roku spotkań w lato zaczęłyśmy kręcić pełnometrażowe profesjonalne filmy fabularne. Tak to pokochałyśmy, że do teraz, za każdym razem kiedy się widujemy, wracamy do poprzednich odcinków i robimy nowe, coraz to lepsze. Niestety od dwóch lat się nie widziałyśmy i wątpię w kolejne wygłupy przed kamerą. Teraz, przede wszystkim kiedy internet wysiada, z nudów zajmuję się przeróbką tych filmów i powiem szczerze, że jestem zadowolona z moich prac. Chętnie bym je tu wstawiła, ale nie zrobię tego przede wszystkim ze względu na moją anonimowość.
Inną zabawą, w przerwie kręcenia pełnometrażowych profesjonalnych filmów fabularnych, była wielka akcja super-agentek w pobliskiej stodole wujka (nie tego od typków). Nie wiem dlaczego taką frajdę sprawiało mi chodzenie po wielkich kostkach siana i słomy, ale teraz mam po tym niesamowite wspomnienia. Zakradałyśmy się do stodoły, chowałyśmy się przez złą ciotką i "buszowałyśmy" pomiędzy kolejnymi wieżami ze słomy sięgającymi aż do dachu. Wchodziłyśmy na samą górę i po prostu tam siedziałyśmy. Zwykła rzecz, ale dla mnie bardzo ważna.
Wiem, to co piszę jest właściwie bez ładu i składu. Nie wiem jak ładnie przejść z jednych wspomnień do drugich, po prostu opisuję te najważniejsze dla mnie wydarzenia, którymi tak bardzo chciałabym się podzielić. Te małe rzeczy, jak gra w "Więźnia Azkabanu" (w którego nie miałam okazji grać sama i w końcu w akcie desperacji kupię tę grę bądź pożyczę od kolegi, o którym wspominałam) lub nagrywanie filmów są dla mnie takim wspomnieniem starych dobrych czasów.
Wiele tych słów, które znajdują się w powyższym tekście wprowadziłam teraz, nie kiedyś. Patrząc dziś na te wydarzenia nadaję im nowe nazwy, np. gangsta (wtedy nie znałam tego słowa) lub sarkastyczne pełnometrażowy profesjonalny film fabularny. Ma to w sobie pewien żart, chcę wprowadzić nieco humoru do moich wspomnień, przede wszystkim jeśli opisuję je w sieci.
Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym dość długim monologiem. Jeśli nadal żyjecie, to zachęcam do przedstawiania swoich własnych wspomnień z dzieciństwa.
Pozdrawiam.
sobota, 16 listopada 2013
Bez okrucieństwa
Co chwilę w laboratorium naszych ulubionych firm biedne zwierzęta podejmowane są testom, które nie tylko zadają im wiele cierpienia, ale również mogą być powodem ich śmierci. Dlaczego tak się dzieje? Taki sposób sprawdzania bezpieczeństwa produktów jest najtańszy. Człowiek podporządkował sobie zwierzęta i zrobił z nich zabawki, nie licząc się z ich odczuciami, zapominając o tym, że ma do czynienia z istotą żywą. Mogłoby się wydawać, że taki alternatywny sposób testowania produktów wykorzystują tylko biednie firmy, których nie stać na zaawansowane maszyny do np. testów in vitro. Nic bardziej mylnego. Żyjemy w świecie, gdzie rządzi pieniądz, więc nawet ogromne korporacje decydują się na zmniejszenie kosztów produkcyjnych, wprowadzając w ten sposób testy na zwierzętach.
Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę i po prostu kupują kosmetyki takie, jakie im odpowiadają. Jeśli jednak jesteśmy świadomi, że zwierzęta cierpią na takiej błahostce, jaką może być szampon do włosów czy też mydło, powinniśmy zmienić nasze przyzwyczajenia. Skutkiem tego może być utrata ulubionych specyfików, ale chyba jesteśmy w stanie z nich zrezygnować dla dobra naszych ulubieńców.
Przejdźmy do tego, jakich firm powinniśmy unikać, a jakie powinniśmy wspierać. Przedstawiam pełną listę kosmetyków (nie)testowanych na zwierzętach [link], za co dziękuję stronie wizaz.pl.
Z listy wynika, że takie firmy jak Garnier-L'Oreal, Colgate-Palmolive, Procter&Gamble, Unilever i wiele wiele innych angażują się w testy na zwierzętach. To przykra wiadomość, gdyż kosmetyki tych firm zajmują ponad połowę miejsca w sklepie. Czy wiesz, że Procter&Gamble to takie produkty jak Pantene, Head&Shoulders, Wella, Gillette, Olay, Oral-B, Blend-a-med, Always, Naturella itd.? Wiele z nich pewnie goszczą na waszych półkach, a czasem nawet są waszymi ulubieńcami.
Jak już wspominałam, te produkty można zamienić na inne, które oznaczone są jako firmy bezpieczne. Wystarczy mieć trochę determinacji i chęci, aby znaleźć taki, który odpowiada nam w tym samym stopniu, co ten zły.
Mam nadzieję, że jest coraz więcej osób, które zdają sobie sprawę z tego problemu. A jeżeli są tacy, którzy dowiedzieli się o tym z mojego bloga, liczę na to, że zmienicie swoje przyzwyczajenia dla dobra zwierząt.
poniedziałek, 11 listopada 2013
Siedzę i piszę o życiu
Witam. Już przepraszałam za moją nieobecność na moim drugim blogu, ale robię to ponownie, bo może nie każdy czyta tamtego. Więc przepraszam. Oczywiście najlepszą wymówką jest szkoła (przy czym to nie jest kłamstwo), ale również nie miałam i nie mam weny twórczej ani tematów do pisania. Dlatego jakże kreatywny tytuł "Siedzę i piszę o życiu". Tak się dzieję. Jest wolny poniedziałek, przed południem, rodziców nie ma w domu, mam trochę wolności ze względu na ich nieobecność... no i piszę. Siedzę i piszę. Pomijając takie szczegóły jak funkcje życiowe. Siedzę, piszę, myślę, oddycham. Skupiam się na pisaniu - o czym piszę? O życiu. Wszystko co robię związane jest z życiem, więc nagłówek posta jak najbardziej pasuje do mojego dzisiejszego stanu.
Nie wiem co ze sobą zrobić. Przez te 3 dni odzwyczaiłam się od szkoły i nie chcę do niej wracać. Czasami żałuję, że właśnie do niej poszłam, że właśnie tam złożyłam papiery na właśnie taki profil. Co ja będę mieć po liceum? Tak, uczę się dobrze, jestem na wyższym poziomie niż przeciętny uczeń mojej szkoły, ale czy to wystarczy, żeby z napisaną głupią maturą dostać się na studia? Na razie moje życie było proste, wszystko w miarę mi się udawało, ale to już jest coś więcej. Nie wiem dlaczego narodził się taki stereotyp, że technikum jest gorsze. Większość moich znajomych poszło do liceum, mimo że uczą się bardzo przeciętnie. Połowę z nich widzę w szkole zawodowej, a nie w takiej, po której dosłownie nic nie mają. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby pójść na czteroletnią naukę do technikum. Dlaczego więc poszłam do szkoły, która nic mi nie da? Nie wiem. Naprawdę. Myślałam, że w liceum wszystko jest na poziomie, ale teraz, po ponad dwóch miesiącach nauki wszystko wydaje się przeciwne temu, co obiecywali.
Jednak ja mam swoje plany na przyszłość. Mam małą nadzieję, że jakoś sobie poradzę i że dobrałam odpowiednie przedmioty, które pomogą mi w dostaniu się na dobre studia, może mi się uda. Ale ostatnio bardzo zdziwił mnie fakt, że połowa mojej klasy nie wie, co robi w tej szkole, na tym profilu. Nie mają planu na życie. Czasami patrzę na osoby, z którymi chodzę na lekcje i nadal widzę tę grupę uczniów z gimnazjum, w której jeden jest dobry z matmy, inny z polskiego, a jeszcze inny rozumie niemiecki. Teraz jest nadal tak samo, mimo że wszyscy powinni lubić biologię i ją rozumieć. A jest wręcz przeciwnie! Może to i lepiej? Może niepotrzebnie się martwię, jeśli chodzi o konkurencję w sprawie studiów?
Z powyższego zdania wynika, że jestem egoistką. Jestem. Naukę traktuję nie tylko jak zdobywanie wiedzy, ale również jako rywalizację. Lubię być najlepsza i cieszy mnie fakt, że w klasie mam mało osób, które uczą się naprawdę dobrze. Jestem egoistką wśród rówieśników, staram się dobrze ustawić, nie zważam na innych. To złe zachowanie, przynajmniej teoretycznie. Pewnie dla tych co to czytają, jestem teraz złym charakterem. Ale nie myślę cały czas o sobie. Potrafię pomóc, współczuć... Tylko kiedy uznam to za słuszne. Nie jestem w stanie współczuć koleżance, bo dostała gorszą ocenę ode mnie. Mój wrodzony, ukryty głos rywalizacji nie pozwala mi na to. Przeciwnie, w głębi ducha cieszę się, że jestem lepsza.
Nie wiem jak jest z innymi osobami. Może inni po prostu fałszywie współczują? Mam nadzieję, że nie jestem jedyna, która zachowuje się tak arogancko i egoistycznie.
Wbrew pozorom, potrafię współczuć. Ale nie w np. szkolnym życiu. Wiem, kiedy ktoś naprawdę cierpi i kiedy to nie odbija się to na mojej korzyści. Chcę pomagać.
Ehh, moje słowa są... dziwne. Piszę co mi wpadnie pod place. Z biegiem czasu poznajecie mnie bardziej, również z tej innej strony. Jestem anonimowa, mogę przelać to co myślę na bloga, bez zobowiązań, bez późniejszych konsekwencji. Potrzebuję jedynie zrozumienia, mimo że nie jestem idealna i nie odpowiadam Waszemu wyobrażeniu mojej osoby. Czasem sama siebie nie rozumiem, jestem zmęczona sobą...
Nie wiem co ze sobą zrobić. Przez te 3 dni odzwyczaiłam się od szkoły i nie chcę do niej wracać. Czasami żałuję, że właśnie do niej poszłam, że właśnie tam złożyłam papiery na właśnie taki profil. Co ja będę mieć po liceum? Tak, uczę się dobrze, jestem na wyższym poziomie niż przeciętny uczeń mojej szkoły, ale czy to wystarczy, żeby z napisaną głupią maturą dostać się na studia? Na razie moje życie było proste, wszystko w miarę mi się udawało, ale to już jest coś więcej. Nie wiem dlaczego narodził się taki stereotyp, że technikum jest gorsze. Większość moich znajomych poszło do liceum, mimo że uczą się bardzo przeciętnie. Połowę z nich widzę w szkole zawodowej, a nie w takiej, po której dosłownie nic nie mają. Chyba lepszym rozwiązaniem byłoby pójść na czteroletnią naukę do technikum. Dlaczego więc poszłam do szkoły, która nic mi nie da? Nie wiem. Naprawdę. Myślałam, że w liceum wszystko jest na poziomie, ale teraz, po ponad dwóch miesiącach nauki wszystko wydaje się przeciwne temu, co obiecywali.
Jednak ja mam swoje plany na przyszłość. Mam małą nadzieję, że jakoś sobie poradzę i że dobrałam odpowiednie przedmioty, które pomogą mi w dostaniu się na dobre studia, może mi się uda. Ale ostatnio bardzo zdziwił mnie fakt, że połowa mojej klasy nie wie, co robi w tej szkole, na tym profilu. Nie mają planu na życie. Czasami patrzę na osoby, z którymi chodzę na lekcje i nadal widzę tę grupę uczniów z gimnazjum, w której jeden jest dobry z matmy, inny z polskiego, a jeszcze inny rozumie niemiecki. Teraz jest nadal tak samo, mimo że wszyscy powinni lubić biologię i ją rozumieć. A jest wręcz przeciwnie! Może to i lepiej? Może niepotrzebnie się martwię, jeśli chodzi o konkurencję w sprawie studiów?
Z powyższego zdania wynika, że jestem egoistką. Jestem. Naukę traktuję nie tylko jak zdobywanie wiedzy, ale również jako rywalizację. Lubię być najlepsza i cieszy mnie fakt, że w klasie mam mało osób, które uczą się naprawdę dobrze. Jestem egoistką wśród rówieśników, staram się dobrze ustawić, nie zważam na innych. To złe zachowanie, przynajmniej teoretycznie. Pewnie dla tych co to czytają, jestem teraz złym charakterem. Ale nie myślę cały czas o sobie. Potrafię pomóc, współczuć... Tylko kiedy uznam to za słuszne. Nie jestem w stanie współczuć koleżance, bo dostała gorszą ocenę ode mnie. Mój wrodzony, ukryty głos rywalizacji nie pozwala mi na to. Przeciwnie, w głębi ducha cieszę się, że jestem lepsza.
Nie wiem jak jest z innymi osobami. Może inni po prostu fałszywie współczują? Mam nadzieję, że nie jestem jedyna, która zachowuje się tak arogancko i egoistycznie.
Wbrew pozorom, potrafię współczuć. Ale nie w np. szkolnym życiu. Wiem, kiedy ktoś naprawdę cierpi i kiedy to nie odbija się to na mojej korzyści. Chcę pomagać.
Ehh, moje słowa są... dziwne. Piszę co mi wpadnie pod place. Z biegiem czasu poznajecie mnie bardziej, również z tej innej strony. Jestem anonimowa, mogę przelać to co myślę na bloga, bez zobowiązań, bez późniejszych konsekwencji. Potrzebuję jedynie zrozumienia, mimo że nie jestem idealna i nie odpowiadam Waszemu wyobrażeniu mojej osoby. Czasem sama siebie nie rozumiem, jestem zmęczona sobą...
poniedziałek, 28 października 2013
Chleba i igrzysk
Witam. Od długiego czasu męczy mnie gorączka igrzysk. Oczywiście chodzi mi o drugą ekranizację powieści Suzanne Collins. Apogeum (mądre słowo z podręcznika do historii) tego zafascynowania nastąpiło chwilę temu, kiedy znalazłam kolejny trailer, tym razem ostatni. Wiadomo, muszę się tym z Wami podzielić, jakżeby inaczej. Wręcz nie mogę się doczekać premiery, mam już dość tego oczekiwania! Niedawno wyszła filmowa wersja książki "W pierścieniu ognia", a że mam pierwszą część również w filmowej odsłonie, to kupiłam ją, do kolekcji. Musiałam oczywiście przeczytać, co spotęgowało moją gorączkę. Dlatego dzisiaj podejmuję ten temat, tak troszkę na szybko, bo zaraz wyruszam na basen, ale zawsze coś.
Sam tytuł posta, chleba i igrzysk, bardzo pasuje mi do tematyki książki, wręcz idealnie. A stwierdzenie to po łacinie brzmi panem et circenses. I ja głupiutka zauważyłam to w książce do polskiego na lekcji i zaczęłam się baaardzo cieszyć, bo skojarzyło mi się od razu z Igrzyskami. Również w tym względzie, że akcja książki rozgrywa się w państwie Panem. panem et circenses, państwo Panem... Genialne, nieprawdaż?
Nie wiem czy od tego pani Collins zaczerpnęła nazwę do swojej książki, ale ja mam swoje filozofie i może to jest prawda...(?) Bądź co bądź zaczęłam się tym, potocznie mówiąc, jarać. A co do filmu, to chyba nie zaspokoję swojego entuzjazmu tylko jedną wizytą w kinie...
Sam tytuł posta, chleba i igrzysk, bardzo pasuje mi do tematyki książki, wręcz idealnie. A stwierdzenie to po łacinie brzmi panem et circenses. I ja głupiutka zauważyłam to w książce do polskiego na lekcji i zaczęłam się baaardzo cieszyć, bo skojarzyło mi się od razu z Igrzyskami. Również w tym względzie, że akcja książki rozgrywa się w państwie Panem. panem et circenses, państwo Panem... Genialne, nieprawdaż?
Nie wiem czy od tego pani Collins zaczerpnęła nazwę do swojej książki, ale ja mam swoje filozofie i może to jest prawda...(?) Bądź co bądź zaczęłam się tym, potocznie mówiąc, jarać. A co do filmu, to chyba nie zaspokoję swojego entuzjazmu tylko jedną wizytą w kinie...
środa, 23 października 2013
Pytania bez odpowiedzi
Dzisiejszy post będzie poświęcony mnie i moim dziwnym urojeniom. A mianowicie dotyczy pytań, które często zadaję sama sobie: dlaczego to mnie spotyka?, dlaczego tak musi być?, czy ja jestem jakaś dziwna? Dzisiaj poznacie mnie z innej strony. Jak na razie wydaje Wam się, że jestem szczęśliwą nastolatką, ale to nie jest całkowita prawda. Jednak nie jestem też tym typem, który użala się nad swoim życiem i ma tak zwane "problemy", które z prawdziwymi problemami nie mają nic wspólnego.
Chciałabym mieć prawdziwą przyjaciółkę bądź nawet prawdziwego przyjaciela. Szczerze mówiąc to o wiele lepiej dogaduję się z chłopakami, których znam. Oni są bardziej... prości. Dla nich tak znaczy po prostu tak, nie szukają drugiego dna w moich wypowiedziach. Dziewczyny za to są fałszywe. Oczywiście nie chcę nikogo obrażać, sama jestem dziewczyną... Chodzi mi bardziej o znane mi osoby. Pewnie Wy również spotykacie się z takimi zachowaniami w swoim gronie. Czy to naprawdę jest prawdziwa, szczera przyjaźń, kiedy za plecami jedna obgaduje drugą? Nie wydaje mi się. Jednak z taką przyjaźnią spotykam się w moim otoczeniu. Większość dziewczyn po prostu, jak to potocznie napisać, jadą się nawzajem, a następnie kontynuują kłamstwo najlepszych przyjaciółek na zawsze. Może dlatego mam taki problem ze znalezieniem osoby, której mogę zaufać?
Tak sobie wmawiam, bo drugą hipotezą jest fakt, że po prostu jestem dziwna. Jednak czy jest tak naprawdę? Nie potrafię ocenić tego obiektywnie, bo to co piszę teraz może jest dziwne, ale ja tego nie spostrzegam. Wydaje mi się jednak, że wszystko jest ze mną w porządku. Oczywiście, mam różne małe dziwactwa, ale ujawniam je tylko przy samej sobie. Potrafię na przykład mówić sama do siebie lub śpiewać strasznie fałszując, jednakże nie robię tego publicznie. Nie wiem do czego można by się doczepić w moim sposobie bycia...
Zmierzam po prostu do tego, że czuję się okropnie samotna. Nie mam przyjaciół, nikogo od serca, nie mam nawet rodzeństwa. Nie mam z kim cieszyć się życiem, nie mam z kim dzielić szczęśliwych chwil. Czuję, że powoli się pogrążam w tej samotności i odrębności. Przyzwyczajam się do tego, że zawsze jestem odrzucana i nikogo nie interesuje moja osoba. Nie wiem czy kolejny raz mam próbować i starać się odnaleźć przyjaciela, czy osunąć się w cień i pozostać dalej niezrozumianą dziewczyną, jak dotąd było.
Przechodząc do mnie, chciałabym się pożalić w różnych kwestiach. Czasem w człowieku kumulują się takie złe emocje i musi je wyrzucić z siebie. Nie mam z kim porozmawiać, więc często moje negatywne myśli przelewam na kartki pamiętnika lub, jak dzisiaj, bloga. Jedną z tych kwestii jest to, że jak pisałam powyżej, nie mam takiej osoby, której mogłabym wszystko powiedzieć. Nie mam przyjaciółki. Mimo że mam 16 lat, na swojej drodze spotykałam tylko ludzi fałszywych. Może brzmi to bardzo oskarżycielsko, ale dla wyrównania były to osoby, które po jakimś czasie zostawiały mnie i znajdywały innych przyjaciół, a o mnie zapomnieli. Dotąd zauważam, że jestem zawsze na drugim miejscu. Jest to bardzo przygnębiające. W praktyce w moich znajomościach wszystko jest dobrze do chwili, gdy nie pojawia się ta ważniejsza osoba. Wtedy ja spadam, maleję... już nie jestem potrzebna. Byłam tylko osobą do towarzystwa, która miała zastąpić miejsce tego ważniejszego, gdy on nie miał w danej chwili czasu. Kiedyś było się małymi dziećmi, oni nie wiedzieli jak ja się czuję. Jednak teraz ludzie których znam grają nadal w tę samą grę. Powinni się domyśleć, że łamią mi w ten sposób uczucia! Nie jestem marionetką, nie mogą mną manipulować, mną nie można rządzić. Jestem asertywna na takie rzeczy, jednak zbytnio ufam tym ludziom i dlatego tak ciężko jest mi za każdym razem zrywać te fałszywe znajomości. Po prostu za bardzo potrzebuję przyjaciela, dlatego właśnie często popadam w tę myśl, że może to jest ta właściwa osoba...
Chciałabym mieć prawdziwą przyjaciółkę bądź nawet prawdziwego przyjaciela. Szczerze mówiąc to o wiele lepiej dogaduję się z chłopakami, których znam. Oni są bardziej... prości. Dla nich tak znaczy po prostu tak, nie szukają drugiego dna w moich wypowiedziach. Dziewczyny za to są fałszywe. Oczywiście nie chcę nikogo obrażać, sama jestem dziewczyną... Chodzi mi bardziej o znane mi osoby. Pewnie Wy również spotykacie się z takimi zachowaniami w swoim gronie. Czy to naprawdę jest prawdziwa, szczera przyjaźń, kiedy za plecami jedna obgaduje drugą? Nie wydaje mi się. Jednak z taką przyjaźnią spotykam się w moim otoczeniu. Większość dziewczyn po prostu, jak to potocznie napisać, jadą się nawzajem, a następnie kontynuują kłamstwo najlepszych przyjaciółek na zawsze. Może dlatego mam taki problem ze znalezieniem osoby, której mogę zaufać?
Tak sobie wmawiam, bo drugą hipotezą jest fakt, że po prostu jestem dziwna. Jednak czy jest tak naprawdę? Nie potrafię ocenić tego obiektywnie, bo to co piszę teraz może jest dziwne, ale ja tego nie spostrzegam. Wydaje mi się jednak, że wszystko jest ze mną w porządku. Oczywiście, mam różne małe dziwactwa, ale ujawniam je tylko przy samej sobie. Potrafię na przykład mówić sama do siebie lub śpiewać strasznie fałszując, jednakże nie robię tego publicznie. Nie wiem do czego można by się doczepić w moim sposobie bycia...
Zmierzam po prostu do tego, że czuję się okropnie samotna. Nie mam przyjaciół, nikogo od serca, nie mam nawet rodzeństwa. Nie mam z kim cieszyć się życiem, nie mam z kim dzielić szczęśliwych chwil. Czuję, że powoli się pogrążam w tej samotności i odrębności. Przyzwyczajam się do tego, że zawsze jestem odrzucana i nikogo nie interesuje moja osoba. Nie wiem czy kolejny raz mam próbować i starać się odnaleźć przyjaciela, czy osunąć się w cień i pozostać dalej niezrozumianą dziewczyną, jak dotąd było.
piątek, 18 października 2013
Nieidealna
Nikt nie jest idealny. Oczywiście patrzymy na pierwsze strony gazet i podziwiamy gwiazdy, zazdrościmy im wyglądu. Większość dziewczyn (a czasem nawet chłopców) popada w ten sposób w kompleksy. Ile razy w ciągu dnia myślisz o sobie w krytyczny sposób? Raz? Dwa? Cały czas?
Dzisiejszą notkę chciałabym poświęcić osobom, które nie czują się dobrze we własnym ciele i mają z tego powodu poczucie niższości. Post jest pisany przez zwykłą dziewczynę, która tak jak Wy nie akceptuje siebie. Zapraszam do czytania.
Więc nie jesteś idealna. Spokojnie, ja też nie. Doskonałe nie są też gwiazdy. Więc co ma oznaczać ideał?
Patrzysz w lustro, co widzisz? Jedni nie zwracają uwagi na swoje wady, inni niestety widzą tylko je. Wiem jak to jest patrzeć na siebie i nie lubić tej osoby. Nie jest ładna - ma małe oczy, duży nos, dziwne usta... Jest wiele problemów, których nie będę tu wymieniać. Najważniejsze jest to, że każdemu z nas coś się w sobie nie podoba. Może to być szczegół, ale może dotyczyć również większej sprawy.
Podchodząc czysto teoretycznie, większości Twoich wad nie da się zmienić... więc dlaczego się nimi przejmujesz? Wystarczy trochę pomyśleć - dlaczego mam być nieszczęśliwa z powodu pewnego defektu? Moje nastawienie do siebie nie jest często pozytywne, ale w gruncie rzeczy to lepiej zaakceptować swoje małe niedoskonałości, niż użalać się do końca życia nad swoim wyglądem. Może te małe "usterki" występujące w naszym wyglądzie tak naprawdę sprawiają, że jesteśmy inni, wyróżniamy się, to nasz znak szczególny?
Jeżeli jednak nie dajecie za wygraną i twierdzicie, że Wasz wygląd będzie śnił się w dziecięcych koszmarach, to radzę popracować nad sobą. Nie masz idealnej figury? Ćwicz, biegaj, wprowadź dietę. Masz niedoskonałości cery? Idź do dermatologa, dostosuj odpowiednie kosmetyki oraz leki.
Kolejnym elementem są wady, które tak naprawdę nie są wadami. A mówię tutaj o cechach, których nie lubimy w sobie, chociaż są na ogół normalne. Dla przykładu są to proste włosy, które osobiście mnie nękają. To już jest reguła - jeśli masz proste włosy, chcesz mieć kręcone, a jeśli masz kręcone, chcesz mieć proste.
Nawet taka zwykła sprawa jak rodzaj włosa może się odbić na naszej samoocenie. Nie można jednak na to pozwolić, bo przecież nie załamiemy się z takiego banalnego powodu.
Jednak nie tylko wygląd zewnętrzny może nas wprowadzić w kompleksy, jest to również nasz podły charakter. Tak - jestem wredna, często zazdrosna i najpierw mówię, dopiero potem myślę. Nie lubię się za to, że jestem arogancka i chciałabym mieć to co najlepsze, nie tylko materialnie. To są moje podstawowe wady. Wszyscy je mamy, może nie te same co wymieniłam, jednak w każdym z nas siedzi taki mały diabełek, który sprawia, że jesteśmy nerwowi, zazdrośni i źli. Nie są to tylko cechy negatywne, również dużo osób nie lubi siebie za to, że są nieśmiali i szybko ulegają innym. Ja takich cech nie mam, więc trudno jest mi określić czy to wady. Wiem natomiast, że moje nerwowe usposobienie źle wpływa na moje otoczenie, dlatego staram się (naprawdę!) coś z tym zrobić. Dlatego praca nad swoim charakterem jest bardzo ważna. Nie jestem w tym mistrzynią, niestety. Aczkolwiek radzę próbować przede wszystkim kiedy nasz charakter nam przeszkadza. Osobiście nie mam nic przeciwko do mojej ciągłej zazdrości, no może tylko że jest niemile widziana przez Kościół, dlatego staram się nie myśleć o lepszych ode mnie jak o wrogach... oh, jestem podła.
Na zakończenie moich nieco dziwnych przemyśleń chciałabym po prostu napisać do wszystkich osób, które popadają w kompleksy:
Nie jesteście sami! Jest z Wami taka jedna Inna dziewczyna, która chyba Was rozumie. Trzymajcie się i nie dajcie sobie popaść w depresję.
Dzisiejszą notkę chciałabym poświęcić osobom, które nie czują się dobrze we własnym ciele i mają z tego powodu poczucie niższości. Post jest pisany przez zwykłą dziewczynę, która tak jak Wy nie akceptuje siebie. Zapraszam do czytania.
Więc nie jesteś idealna. Spokojnie, ja też nie. Doskonałe nie są też gwiazdy. Więc co ma oznaczać ideał?
- doskonałość, wzór doskonałości,
- najwyższy cel dążeń i pragnień ludzkich w jakiejś dziedzinie,
- koncepcja bardzo trudna lub niemożliwa do realizacji, choć bardzo pożądana.
Patrzysz w lustro, co widzisz? Jedni nie zwracają uwagi na swoje wady, inni niestety widzą tylko je. Wiem jak to jest patrzeć na siebie i nie lubić tej osoby. Nie jest ładna - ma małe oczy, duży nos, dziwne usta... Jest wiele problemów, których nie będę tu wymieniać. Najważniejsze jest to, że każdemu z nas coś się w sobie nie podoba. Może to być szczegół, ale może dotyczyć również większej sprawy.
Podchodząc czysto teoretycznie, większości Twoich wad nie da się zmienić... więc dlaczego się nimi przejmujesz? Wystarczy trochę pomyśleć - dlaczego mam być nieszczęśliwa z powodu pewnego defektu? Moje nastawienie do siebie nie jest często pozytywne, ale w gruncie rzeczy to lepiej zaakceptować swoje małe niedoskonałości, niż użalać się do końca życia nad swoim wyglądem. Może te małe "usterki" występujące w naszym wyglądzie tak naprawdę sprawiają, że jesteśmy inni, wyróżniamy się, to nasz znak szczególny?
Jeżeli jednak nie dajecie za wygraną i twierdzicie, że Wasz wygląd będzie śnił się w dziecięcych koszmarach, to radzę popracować nad sobą. Nie masz idealnej figury? Ćwicz, biegaj, wprowadź dietę. Masz niedoskonałości cery? Idź do dermatologa, dostosuj odpowiednie kosmetyki oraz leki.
Kolejnym elementem są wady, które tak naprawdę nie są wadami. A mówię tutaj o cechach, których nie lubimy w sobie, chociaż są na ogół normalne. Dla przykładu są to proste włosy, które osobiście mnie nękają. To już jest reguła - jeśli masz proste włosy, chcesz mieć kręcone, a jeśli masz kręcone, chcesz mieć proste.
Nawet taka zwykła sprawa jak rodzaj włosa może się odbić na naszej samoocenie. Nie można jednak na to pozwolić, bo przecież nie załamiemy się z takiego banalnego powodu.
Jednak nie tylko wygląd zewnętrzny może nas wprowadzić w kompleksy, jest to również nasz podły charakter. Tak - jestem wredna, często zazdrosna i najpierw mówię, dopiero potem myślę. Nie lubię się za to, że jestem arogancka i chciałabym mieć to co najlepsze, nie tylko materialnie. To są moje podstawowe wady. Wszyscy je mamy, może nie te same co wymieniłam, jednak w każdym z nas siedzi taki mały diabełek, który sprawia, że jesteśmy nerwowi, zazdrośni i źli. Nie są to tylko cechy negatywne, również dużo osób nie lubi siebie za to, że są nieśmiali i szybko ulegają innym. Ja takich cech nie mam, więc trudno jest mi określić czy to wady. Wiem natomiast, że moje nerwowe usposobienie źle wpływa na moje otoczenie, dlatego staram się (naprawdę!) coś z tym zrobić. Dlatego praca nad swoim charakterem jest bardzo ważna. Nie jestem w tym mistrzynią, niestety. Aczkolwiek radzę próbować przede wszystkim kiedy nasz charakter nam przeszkadza. Osobiście nie mam nic przeciwko do mojej ciągłej zazdrości, no może tylko że jest niemile widziana przez Kościół, dlatego staram się nie myśleć o lepszych ode mnie jak o wrogach... oh, jestem podła.
Na zakończenie moich nieco dziwnych przemyśleń chciałabym po prostu napisać do wszystkich osób, które popadają w kompleksy:
Nie jesteście sami! Jest z Wami taka jedna Inna dziewczyna, która chyba Was rozumie. Trzymajcie się i nie dajcie sobie popaść w depresję.
poniedziałek, 14 października 2013
Zanik inwencji twórczej
Witam, na początku chciałabym wstawić takie sobie trzy małe obrazeczki, informujące, że Ben Whishaw, aktor którego opisywałam w poprzedniej notce, ma dzisiaj urodziny. Chciałam napisać post i nie miałam na to pomysłu, więc objęłam jako inspirację starego, dobrego Tumblra, z którego kilka minut temu dowiedziałam się o tym wydarzeniu. Tak, co ze mnie za fanka, że nie znam jego daty urodzenia? Ja zwykle nie mam pamięci do dat i liczb. Wstyd się przyznać, ale od piętnastu lat nie pamiętam daty urodzenia moich rodziców. Tak samo - numeru telefonu mojej mamy nauczyłam się dopiero w zeszłym roku, taty dalej nie znam. Jedyny wyjątek to urodziny babci i dziadka, tylko dlatego, że z czymś mi się kojarzą - babcia 14 luty (nie muszę tłumaczyć z czym to uwzględniam), dziadek 5 grudzień (dzień przed Mikołajkami).
Dlatego wchodząc na Tumblra bardzo się zdziwiłam. Ostatnio pisałam o nim notkę, więc to potęguje zbieg okoliczności, gdyż właśnie dzisiaj, 14 października, stwierdziłam, że napiszę kolejną. Pszypadeg? Nie sondze.
Zaczynając temat, szczerze mówiąc (pisząc), to nie mam weny do pisania, więc chciałabym, żeby w Waszych komentarzach pojawiały się propozycje dotyczące notek na blogu. Blog jest o wszystkim, więc każdy temat dozwolony :) Często jest tak, że podczas drogi ze szkoły lub nauki pojawiają mi się przebłyski nowych notek, ale kiedy przyjdzie co co czego, siedzę wpatrzona w monitor i czekam na przypływ nowych pomysłów, które nie nadchodzą. Trzeba to zmienić, więc liczę na Waszą kreatywność.
Tak więc teraz tylko napiszę co mi wpada do głowy, bo inwencji twórczej na nowy post nie mam zupełnie. Nie byłam dzisiaj w szkole na Dniu Edukacji Narodowej, co mnie ominęło? Nudna akademia i rozdawanie kwiatów nauczycielom. Ogólnie denerwuje mnie fakt, że ten dzień potocznie nazywany jest Dniem Nauczyciela. Co ma do tego nauczyciel? To dzień całej edukacji w Polsce, a nie jednostki, która uczy. To tak samo dzień ucznia, więc dlaczego my rozdajemy prezenty naszym belfrom? Niesprawiedliwe, więc uznałam, że po prostu dłużej pośpię ;) Jakoś w tym roku szkolnym jestem bardzo leniwa. Opuszczam dni w szkole, bo tak, bo mi się nie chce. To pierwsza liceum, a ja sobie z tego nic nie robię. Rajd pierwszych klas? Co z tego, posiedzę w domu. Koleżanka nie idzie do szkoły? To ja też. Trochę śmieszy mnie moje podejście do szkoły, ale bądź co bądź, to my tam prawie nic nie robimy. Na lekcjach nauczyciele prowadzą godzinne wykłady i niby powinnam notować, ale po co, skoro wszystko jest w książce? Nie pytają, jak już to rzadko, prac domowych też nie ma (na ogół).
Teraz niestety muszę się pouczyć historii, bo był sprawdzian, a ja wtedy siedziałam pięć godzin u lekarza - kocham polską służbę zdrowia <3 Wiem, jakaś pesymistyczna jest ta notka i całkowicie niezorganizowana... Taka jestem ja na ogół, musicie się przyzwyczaić. Przepraszam, za brak organizacji, lecę się uczyć, pa!
Dlatego wchodząc na Tumblra bardzo się zdziwiłam. Ostatnio pisałam o nim notkę, więc to potęguje zbieg okoliczności, gdyż właśnie dzisiaj, 14 października, stwierdziłam, że napiszę kolejną. Pszypadeg? Nie sondze.
Zaczynając temat, szczerze mówiąc (pisząc), to nie mam weny do pisania, więc chciałabym, żeby w Waszych komentarzach pojawiały się propozycje dotyczące notek na blogu. Blog jest o wszystkim, więc każdy temat dozwolony :) Często jest tak, że podczas drogi ze szkoły lub nauki pojawiają mi się przebłyski nowych notek, ale kiedy przyjdzie co co czego, siedzę wpatrzona w monitor i czekam na przypływ nowych pomysłów, które nie nadchodzą. Trzeba to zmienić, więc liczę na Waszą kreatywność.
Tak więc teraz tylko napiszę co mi wpada do głowy, bo inwencji twórczej na nowy post nie mam zupełnie. Nie byłam dzisiaj w szkole na Dniu Edukacji Narodowej, co mnie ominęło? Nudna akademia i rozdawanie kwiatów nauczycielom. Ogólnie denerwuje mnie fakt, że ten dzień potocznie nazywany jest Dniem Nauczyciela. Co ma do tego nauczyciel? To dzień całej edukacji w Polsce, a nie jednostki, która uczy. To tak samo dzień ucznia, więc dlaczego my rozdajemy prezenty naszym belfrom? Niesprawiedliwe, więc uznałam, że po prostu dłużej pośpię ;) Jakoś w tym roku szkolnym jestem bardzo leniwa. Opuszczam dni w szkole, bo tak, bo mi się nie chce. To pierwsza liceum, a ja sobie z tego nic nie robię. Rajd pierwszych klas? Co z tego, posiedzę w domu. Koleżanka nie idzie do szkoły? To ja też. Trochę śmieszy mnie moje podejście do szkoły, ale bądź co bądź, to my tam prawie nic nie robimy. Na lekcjach nauczyciele prowadzą godzinne wykłady i niby powinnam notować, ale po co, skoro wszystko jest w książce? Nie pytają, jak już to rzadko, prac domowych też nie ma (na ogół).
Teraz niestety muszę się pouczyć historii, bo był sprawdzian, a ja wtedy siedziałam pięć godzin u lekarza - kocham polską służbę zdrowia <3 Wiem, jakaś pesymistyczna jest ta notka i całkowicie niezorganizowana... Taka jestem ja na ogół, musicie się przyzwyczaić. Przepraszam, za brak organizacji, lecę się uczyć, pa!
czwartek, 10 października 2013
Pachnidło: Historia mordercy / Ben Whishaw
Cześć wszystkim. W notce zapoznawczej wspominałam o tym, że będę tu pisać o czym mi się podoba. Ostatnio opisuję tylko to, co dzieje się w moim codziennym życiu, ale dzisiaj chciałabym skupić się na filmie, którego tytuł macie... w tytule postu ;)
"Pachnidło" oglądałam około rok temu, dokładnie w czwartek (tak jak dzisiaj, o 22:30). Byłam bardzo zafascynowana aktorem, grającym głównego bohatera. Ben Whishaw występował również w "Skyfall", a że ostatni Bond wyszedł w październiku poprzedniego roku, miałam "świeżą" manię na punkcie filmowego Q. Obejrzałam więc film przede wszystkim ze względu na Bena, bo chciałam widzieć go w innej roli.
Historia mordercy... pewnie coś naciąganego, jakiś thriller czy horror, jakich jest wiele. Ale film okazał się bardzo ciekawy. Przez kilka dni o nim myślałam. Są takie produkcje, po których mamy takie dziwne uczucie... pustki? Nie wiem co to jest, ale wiem, że okropnie mi to siedziało w głowie. Tak samo jest po każdym filmie "Harry'ego Pottera", po "Władcy Pierścieni"...tak przykro, smutno.
Dzisiaj znowu "Pachnidło" leci na Dwójce. Z tego powodu wyczuwam:
- nieprzespaną noc,
- kolejny dzień myślenia tylko o filmie.
Jak już pisałam, tak po prostu jest, że nie potrafię myśleć o czymś innym, przeżywam tę historię przez w mojej głowie od nowa i od nowa. Osobiście mówiąc, żal mi jest głównego bohatera, przede wszystkim końcówka jest smutna... ale nie zdradzam szczegółów. Jeśli nie oglądaliście, to polecam, a jeśli tak, to chętnie poznam Waszą opinię na temat "Pachnidła".
Co do Bena, mojego męża (jednego z wielu, haha), to sam w sobie jest specyficzny. Może w tym filmie nie wygląda przekonująco, ale w "Skyfall'u" to po prostu taki kochany komputerowiec :) Występuje również w "Atlasie Chmur", ale tu muszę się przyznać, nie oglądałam.
Dodatkowy plus dla filmu to Alan Rickman w obsadzie, zresztą widzę go w co drugim filmie. Ostatnio oglądałam Robin Hooda i oczywiście jego tam nie zabrakło ;)
A teraz rzucę taką fajną ciekawostkę, mianowicie: do roli głównej, mordercy Grenouille, początkowo był brany pod uwagę Johnny Depp i Orlando Bloom. Orlando jeszcze widzę w tej roli, ale jednak Johnny kojarzy mi się z sympatycznym Sparrowem, a nie mordercą.
Wiem, że trochę głupio, bo w gruncie rzeczy nie napisałam za dużo, ale bardzo lubię ten film i mojego kochanego Bena, więc chciałam podzielić się z Wami moimi upodobaniami.
Jutro wracam wcześniej ze szkoły, więc postaram się ruszyć dwa inne blogi, trzymajcie się. Na koniec kilka gifów :)
poniedziałek, 7 października 2013
Co mówi lis?
Witam. Nie pisałam, bo jak wcześniej informowałam, byłam na wycieczce. Potem pojechałam do dziadków na wieś, a tam miałam dostęp do internetu tylko przez telefon.
Dzisiaj nie mam za dużo czasu na podejmowanie konkretnego tematu, za niedługo muszę uciekać na basen i uczyć się na jutrzejszą kartkówkę. Przy okazji, trochę niesprawiedliwe, że po powrocie z wycieczki mamy tyle na głowie, niemal codziennie przez ten tydzień mam jakieś prace pisemne. Nie mam czasu na siedzenie przy komputerze, na dodatek moja rodzina uważa, że tylko jestem w internecie i każą mi się ograniczyć. Ja uważam, że to przesada. Owszem, codziennie wpadam na blogi, facebooka i inne "niezbędne" strony. Najczęściej mają do mnie wąty, że siedzę w domu przez weekend i piszę coś na komputerze, a tylko przez sobotę i niedzielę mam chodź trochę wolnego czasu, żeby usiąść spokojnie na parę godzin i napisać posty na blogach. O wiele prościej byłoby mieć jeden blog na którym co trochę umieszczałabym stylizacje Hermiony, naprzemiennie z kolejnymi rozdziałami o Igrzyskach Śmierci i moimi zwykłymi przemyśleniami. Wiem, że trochę się użalam i pewnie rodzice mają rację... gdyby tylko wiedzieli jaką mam ciężką pracę na tych blogach! Blogspot powinien płacić za posty!
Wracając do tematu, którego jeszcze nie poruszyłam... Więc poruszam. Co mówi lis? Spokojnie, nie będę pisać tutaj rozprawki na temat odgłosów wydawanych przez rudych przyjaciół ;) Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to mało kto wie, jak porozumiewają się lisy. Dla zaciekawionych mówię, że lisy szczekają, trochę wyżej i krócej niż pies. Poza tym też wyją i warczą. Ale niektórzy uważają inaczej, jak na przykład w poniższym filmiku. Serdecznie zapraszam do oglądania, warto. Widząc to pierwszy raz, popłakałam się ze śmiechu ;)
Na tym kończę notkę, tak naprawdę to chciałam się podzielić z Wami tą piosenką, bo jest po prostu przezabawna! Oglądajcie, a ja lecę do ponurego świata bez internetu. Bywajcie!
Dzisiaj nie mam za dużo czasu na podejmowanie konkretnego tematu, za niedługo muszę uciekać na basen i uczyć się na jutrzejszą kartkówkę. Przy okazji, trochę niesprawiedliwe, że po powrocie z wycieczki mamy tyle na głowie, niemal codziennie przez ten tydzień mam jakieś prace pisemne. Nie mam czasu na siedzenie przy komputerze, na dodatek moja rodzina uważa, że tylko jestem w internecie i każą mi się ograniczyć. Ja uważam, że to przesada. Owszem, codziennie wpadam na blogi, facebooka i inne "niezbędne" strony. Najczęściej mają do mnie wąty, że siedzę w domu przez weekend i piszę coś na komputerze, a tylko przez sobotę i niedzielę mam chodź trochę wolnego czasu, żeby usiąść spokojnie na parę godzin i napisać posty na blogach. O wiele prościej byłoby mieć jeden blog na którym co trochę umieszczałabym stylizacje Hermiony, naprzemiennie z kolejnymi rozdziałami o Igrzyskach Śmierci i moimi zwykłymi przemyśleniami. Wiem, że trochę się użalam i pewnie rodzice mają rację... gdyby tylko wiedzieli jaką mam ciężką pracę na tych blogach! Blogspot powinien płacić za posty!
Wracając do tematu, którego jeszcze nie poruszyłam... Więc poruszam. Co mówi lis? Spokojnie, nie będę pisać tutaj rozprawki na temat odgłosów wydawanych przez rudych przyjaciół ;) Ale jakby się tak głębiej zastanowić, to mało kto wie, jak porozumiewają się lisy. Dla zaciekawionych mówię, że lisy szczekają, trochę wyżej i krócej niż pies. Poza tym też wyją i warczą. Ale niektórzy uważają inaczej, jak na przykład w poniższym filmiku. Serdecznie zapraszam do oglądania, warto. Widząc to pierwszy raz, popłakałam się ze śmiechu ;)
Na tym kończę notkę, tak naprawdę to chciałam się podzielić z Wami tą piosenką, bo jest po prostu przezabawna! Oglądajcie, a ja lecę do ponurego świata bez internetu. Bywajcie!
Ring-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
Gering-ding-ding-ding-dingeringeding!
wtorek, 1 października 2013
Ekologiczna
Dzisiaj mam dzień wolny, bo wszystkie pierwsze klasy idą na integrację w teren. Teoretycznie wszystkie. Praktycznie jest tak, że połowa mojej klasy nie idzie, ja również, więc siedzę sobie w domu i nadrabiam pisanie na blogu. Muszę również przygotowywać się do wycieczki, na którą jutro jadę. Jakoś nie chce mi się jechać ponownie do Zakopanego, ale jadę, bo głupio nie pojechać na pierwszą wycieczkę z nową klasą...
Borykam się też z wrednymi programami, które goszczą w moim komputerze nie wiem skąd. Ściągam sobie normalnie nową czcionkę, a tu pojawiają się jakieś nowe oprogramowania. Zupełnie nie wiem co to jest, ale muszę je usunąć, bo mój tata znowu się wkurzy, że mam zaśmiecony i zawirusowany komputer. Tylko to nie moja wina. Mój laptop żyje własnym życiem, to on "nabiera się" na te głupie programy. Ja najzwyczajniej ściągam to, czego potrzebuję.
Dzięki Bogu blogger zapisuje co chwilę to, co piszę. Gdyby nie to, właśnie straciłabym tego posta. Może i mało napisałam, ale nie ma czegoś gorszego, niż zamknięcie internetu przez komputer nie wiadomo z jakiego powodu.
Zamykam temat mojego kochanego laptopa i przechodzę do tytułu postu.
Ekologiczna? Chyba taka jestem. Przynajmniej się staram. Nie wiem czy dobrze robię siedząc godzinami przed komputerem... ciągnę prąd, jestem zła. Ale dla mnie to konieczność, jakiś nawyk. Gdybym nie siedziała przed komputerem, to przed telefonem. Na jedno wychodzi. Kwestii mojego ekologicznego używania sprzętów (tv, komputer, telefon) nie lubię poruszać, bo wiem, że mogłabym nie siedzieć przy nich tak długo. Jednak staram się zmniejszyć ciągnięcie energii. Wszędzie ustawiam tryb oszczędzania energii, zmniejszam jasność ekranu (co mnie wpienia, bo czasem nic nie widzę), wyłączam głośnik (to jest ekologiczne? Nie wiem, ale nie lubię, jak na cały dom komputer krzyczy, że mam wiadomość) i "usypiam" go, kiedy idę np. jeść. To są w sumie małe rzeczy, ale zmniejszenie jasności ekranu chociażby o jeden stopień zawsze coś daje.
Idziemy dalej - strasznie denerwują mnie ludzie, którzy mają włączony komputer przez cały dzień. Nie mam pojęcia po co im to jest... Na pewno nie siedzą przy nim od rana do wieczora, jednak on cały czas działa, rozgrzany do białości. Tak samo, wiele osób "chwali się" (np. na kwejku), jak to lubią mieć włączony telewizor podczas gry na komputerze, tak po prostu, żeby coś grało [link]. Bez sensu. Ja jestem strasznie wyczulona na bezcelowe używanie takiego sprzętu. Kiedy siedzę na komputerze - ok, coś robię, jest mi potrzebny. Ale kiedy mama ogląda telewizję, a potem idzie gotować obiad, a telewizor gra... Od razu lecę do pokoju i go wyłączam. Z tym rodzice mają mnie dość, ale ja nie mam zamiaru ustępować. Ogółem moi rodzice mają mnie po dziurki w nosie. Gaszę światła, wyłączam im komputery i telewizory, krzyczę kiedy nie segregują śmieci... Sama bym ze sobą nie wytrzymała ;) W końcu będę wyłączać telewizor na reklamy, co wcale nie jest aż tak szalone... Jestem do tego zdolna, naprawdę.
Z segregacją jest gorzej, ale to nie moja wina. Państwo mówi "segreguj!", ale nie mówi jak. Niby proste, 3 kosze - plastik, papier, szkło - banał. Ale schody zaczynają się, gdy różne źródła podają inne instrukcje dotyczące tych spraw. Gdzie metal? Gdzie kartony po sokach i mleku? Według gazet do plastiku (tworzyw sztucznych), a według internetu metal do metali (spoko, fajnie, że w moim mieście są kosze z napisem "metal"), a kartony do papieru. I co ja mam robić? Eksplozja mózgu - czy ja pomagam czy ja szkodzę? Co jak źle wrzucę te rzeczy? Tutaj Polska jest kompletnie nie zorganizowana. Mogliby dać dwa dodatkowe kosze na metal i te dziwne kartony (ni to papier, ni to plastik). W kartonach uzbierałoby się tego dużo, bo każdy ma w domu karton z mlekiem i sokiem. I to niemal codziennie nowy. Jednak nikomu nie wpadło to jeszcze do głowy.
Ogółem ludzie są nieekologiczni. Nie myślą, jaki wpływ mają na środowisko. Mam tylko cichą nadzieję, że coraz więcej jest ludzi, myślących tak jak ja i mających świadomość o tym, co robimy.
W kwestii dzisiejszej notki to by było na tyle. Apeluję, abyście chociaż w minimalnym stopniu postępowali tak, aby odciążyć naszą planetę. Serdecznie pozdrawiam :)
Borykam się też z wrednymi programami, które goszczą w moim komputerze nie wiem skąd. Ściągam sobie normalnie nową czcionkę, a tu pojawiają się jakieś nowe oprogramowania. Zupełnie nie wiem co to jest, ale muszę je usunąć, bo mój tata znowu się wkurzy, że mam zaśmiecony i zawirusowany komputer. Tylko to nie moja wina. Mój laptop żyje własnym życiem, to on "nabiera się" na te głupie programy. Ja najzwyczajniej ściągam to, czego potrzebuję.
Dzięki Bogu blogger zapisuje co chwilę to, co piszę. Gdyby nie to, właśnie straciłabym tego posta. Może i mało napisałam, ale nie ma czegoś gorszego, niż zamknięcie internetu przez komputer nie wiadomo z jakiego powodu.
Zamykam temat mojego kochanego laptopa i przechodzę do tytułu postu.
Ekologiczna? Chyba taka jestem. Przynajmniej się staram. Nie wiem czy dobrze robię siedząc godzinami przed komputerem... ciągnę prąd, jestem zła. Ale dla mnie to konieczność, jakiś nawyk. Gdybym nie siedziała przed komputerem, to przed telefonem. Na jedno wychodzi. Kwestii mojego ekologicznego używania sprzętów (tv, komputer, telefon) nie lubię poruszać, bo wiem, że mogłabym nie siedzieć przy nich tak długo. Jednak staram się zmniejszyć ciągnięcie energii. Wszędzie ustawiam tryb oszczędzania energii, zmniejszam jasność ekranu (co mnie wpienia, bo czasem nic nie widzę), wyłączam głośnik (to jest ekologiczne? Nie wiem, ale nie lubię, jak na cały dom komputer krzyczy, że mam wiadomość) i "usypiam" go, kiedy idę np. jeść. To są w sumie małe rzeczy, ale zmniejszenie jasności ekranu chociażby o jeden stopień zawsze coś daje.
Idziemy dalej - strasznie denerwują mnie ludzie, którzy mają włączony komputer przez cały dzień. Nie mam pojęcia po co im to jest... Na pewno nie siedzą przy nim od rana do wieczora, jednak on cały czas działa, rozgrzany do białości. Tak samo, wiele osób "chwali się" (np. na kwejku), jak to lubią mieć włączony telewizor podczas gry na komputerze, tak po prostu, żeby coś grało [link]. Bez sensu. Ja jestem strasznie wyczulona na bezcelowe używanie takiego sprzętu. Kiedy siedzę na komputerze - ok, coś robię, jest mi potrzebny. Ale kiedy mama ogląda telewizję, a potem idzie gotować obiad, a telewizor gra... Od razu lecę do pokoju i go wyłączam. Z tym rodzice mają mnie dość, ale ja nie mam zamiaru ustępować. Ogółem moi rodzice mają mnie po dziurki w nosie. Gaszę światła, wyłączam im komputery i telewizory, krzyczę kiedy nie segregują śmieci... Sama bym ze sobą nie wytrzymała ;) W końcu będę wyłączać telewizor na reklamy, co wcale nie jest aż tak szalone... Jestem do tego zdolna, naprawdę.
Z segregacją jest gorzej, ale to nie moja wina. Państwo mówi "segreguj!", ale nie mówi jak. Niby proste, 3 kosze - plastik, papier, szkło - banał. Ale schody zaczynają się, gdy różne źródła podają inne instrukcje dotyczące tych spraw. Gdzie metal? Gdzie kartony po sokach i mleku? Według gazet do plastiku (tworzyw sztucznych), a według internetu metal do metali (spoko, fajnie, że w moim mieście są kosze z napisem "metal"), a kartony do papieru. I co ja mam robić? Eksplozja mózgu - czy ja pomagam czy ja szkodzę? Co jak źle wrzucę te rzeczy? Tutaj Polska jest kompletnie nie zorganizowana. Mogliby dać dwa dodatkowe kosze na metal i te dziwne kartony (ni to papier, ni to plastik). W kartonach uzbierałoby się tego dużo, bo każdy ma w domu karton z mlekiem i sokiem. I to niemal codziennie nowy. Jednak nikomu nie wpadło to jeszcze do głowy.
Ogółem ludzie są nieekologiczni. Nie myślą, jaki wpływ mają na środowisko. Mam tylko cichą nadzieję, że coraz więcej jest ludzi, myślących tak jak ja i mających świadomość o tym, co robimy.
W kwestii dzisiejszej notki to by było na tyle. Apeluję, abyście chociaż w minimalnym stopniu postępowali tak, aby odciążyć naszą planetę. Serdecznie pozdrawiam :)
czwartek, 26 września 2013
Trochę o mnie
Dzisiaj nie poszłam do szkoły, jestem trochę chora, ale ogólnie koleżanka nie szła, więc ja też nie ;) A jutro już piątek i tylko jedna kartkówka, więc spokojnie wytrzymam.
Dzisiejszy post chciałabym poświęcić trochę swojej osobie. Pewnie z moich blogów da się wywnioskować czym się interesuję, ale jaka jestem - tego nie każdy wie.
Pisanie tego to formalność, bo chyba każdy wie, że lubię HP, przede wszystkim dlatego, że prowadzę blog o Hermionie.
Od dziecka czytała Harry'ego i tak mi zostało. To moja książka wszech czasów, numer jeden na półce.
To zapewne również wiecie, ale tak pochwalę się kolejny raz. "Igrzyska" to też jedna z moich ulubionych książek. Nie potrafię wybrać między Harrym a nią. Po prostu są to dwa odrębne światy i każdy idealnie stworzony na swój sposób.
Co do bloga, wiele jest osób opisujących 74 Igrzyska z różnej perspektywy... Ja piszę wcześniejsze igrzyska. Dopiero zaczynam, ale mam ogromne ambicje i chciałabym opisać jak najwięcej historii. Na razie jest to Taylor Cord (72 Głodowe Igrzyska), ale pojawi się ogromna rozbieżność czasu. Chyba nie dam rady opisać 73 różnych igrzysk, ale postaram się wybierać jak najciekawsze historie i areny. Czas pokaże ;)
Teraz bardziej o mnie. Tak, jestem leniem. Okropnym. Nigdy nic mi się nie chce. Ale jak już się za coś wezmę, to najczęściej robię to dokładnie i mi wychodzi. Pisanie postów na blogu także do tego należy. Owszem, nie chce mi się pisać kolejnych rozdziałów i przedstawiać następnych stylizacji... Mam pomysły na dalszą historię i koncepcję na kolejny outfit, ale przecież trzeba zacząć składać ładnie zdania i robić zdjęcia... Komu by się chciało. Jednak kiedy już zaczynam pisać, to post tworzony jest przez 2 godziny - dokładnie, sprawdzam błędy itp. Nie jest to praca na co dzień, bo nie mam tyle czasu w tygodniu, ale zawsze staram się zarezerwować kilku godzin przez weekend na blogowanie.
W szkole jest podobnie... Nie chce mi się uczyć, uczę się na ostatnią chwilę i tak dalej... Ale często siadam i uczę się do końca, do zrozumienia. I wychodzą w sumie dobre oceny ;)
...przede wszystkim psy. To najwspanialsze istoty na świecie, dużo bardziej wartościowe niż ludzie. Niestety niewielu docenia te stworzenia, traktowane są jak zabawka. Walczę z tym, walczę z przemocą na zwierzętach i z wrednymi brutalami. W przyszłości chciałabym robić dla nich coś więcej.
Poza blogami, piszę również pamiętnik. Tak można to nazwać. Najczęściej wyżalam się tam o tym, czego raczej nie napiszę na blogu. Dawno dawno temu zaczęłam prowadzić pamiętniki, ale zawsze kończyło się na zapisywaniu kilku pierwszych stron i rzuceniu zeszyciku w kąt. Teraz sumiennie kończę wszystkie rozpoczęte notesy i, jak tak powiem, je zbieram. Może to głupio brzmi, ale chciałabym mieć kiedyś "kolekcję" tych pamiętników. Raczej bym ich nie czytała (ostatnia próba nie skończyła się za dobrze), ale po prostu chciałabym je mieć, tak dla siebie :)
W sumie nie wiem co by tu jeszcze wymyślić... Jak nazywa się cecha, kiedy masz mega pomysł na napisanie posta, a potem kończysz na paru przykładach, bo nagle wszystko wypadło Ci z głowy? No bo właśnie ja tak mam.
Nic, muszę kończyć, czekam mnie jutro kartkówka,a nie mogę przesiedzieć całego wolnego dnia przed komputerem (niestety).
Pozdrawiam :)
Dzisiejszy post chciałabym poświęcić trochę swojej osobie. Pewnie z moich blogów da się wywnioskować czym się interesuję, ale jaka jestem - tego nie każdy wie.
Pisanie tego to formalność, bo chyba każdy wie, że lubię HP, przede wszystkim dlatego, że prowadzę blog o Hermionie.
Od dziecka czytała Harry'ego i tak mi zostało. To moja książka wszech czasów, numer jeden na półce.
To zapewne również wiecie, ale tak pochwalę się kolejny raz. "Igrzyska" to też jedna z moich ulubionych książek. Nie potrafię wybrać między Harrym a nią. Po prostu są to dwa odrębne światy i każdy idealnie stworzony na swój sposób.
Co do bloga, wiele jest osób opisujących 74 Igrzyska z różnej perspektywy... Ja piszę wcześniejsze igrzyska. Dopiero zaczynam, ale mam ogromne ambicje i chciałabym opisać jak najwięcej historii. Na razie jest to Taylor Cord (72 Głodowe Igrzyska), ale pojawi się ogromna rozbieżność czasu. Chyba nie dam rady opisać 73 różnych igrzysk, ale postaram się wybierać jak najciekawsze historie i areny. Czas pokaże ;)
Teraz bardziej o mnie. Tak, jestem leniem. Okropnym. Nigdy nic mi się nie chce. Ale jak już się za coś wezmę, to najczęściej robię to dokładnie i mi wychodzi. Pisanie postów na blogu także do tego należy. Owszem, nie chce mi się pisać kolejnych rozdziałów i przedstawiać następnych stylizacji... Mam pomysły na dalszą historię i koncepcję na kolejny outfit, ale przecież trzeba zacząć składać ładnie zdania i robić zdjęcia... Komu by się chciało. Jednak kiedy już zaczynam pisać, to post tworzony jest przez 2 godziny - dokładnie, sprawdzam błędy itp. Nie jest to praca na co dzień, bo nie mam tyle czasu w tygodniu, ale zawsze staram się zarezerwować kilku godzin przez weekend na blogowanie.
W szkole jest podobnie... Nie chce mi się uczyć, uczę się na ostatnią chwilę i tak dalej... Ale często siadam i uczę się do końca, do zrozumienia. I wychodzą w sumie dobre oceny ;)
...przede wszystkim psy. To najwspanialsze istoty na świecie, dużo bardziej wartościowe niż ludzie. Niestety niewielu docenia te stworzenia, traktowane są jak zabawka. Walczę z tym, walczę z przemocą na zwierzętach i z wrednymi brutalami. W przyszłości chciałabym robić dla nich coś więcej.
Poza blogami, piszę również pamiętnik. Tak można to nazwać. Najczęściej wyżalam się tam o tym, czego raczej nie napiszę na blogu. Dawno dawno temu zaczęłam prowadzić pamiętniki, ale zawsze kończyło się na zapisywaniu kilku pierwszych stron i rzuceniu zeszyciku w kąt. Teraz sumiennie kończę wszystkie rozpoczęte notesy i, jak tak powiem, je zbieram. Może to głupio brzmi, ale chciałabym mieć kiedyś "kolekcję" tych pamiętników. Raczej bym ich nie czytała (ostatnia próba nie skończyła się za dobrze), ale po prostu chciałabym je mieć, tak dla siebie :)
W sumie nie wiem co by tu jeszcze wymyślić... Jak nazywa się cecha, kiedy masz mega pomysł na napisanie posta, a potem kończysz na paru przykładach, bo nagle wszystko wypadło Ci z głowy? No bo właśnie ja tak mam.
Nic, muszę kończyć, czekam mnie jutro kartkówka,a nie mogę przesiedzieć całego wolnego dnia przed komputerem (niestety).
Pozdrawiam :)
wtorek, 24 września 2013
Internety i koty
Nie wierzę! Czuję się, jakby był przynajmniej czwartek. Albo najchętniej jutro mógłby być weekend... Co ja zrobię, załamanie nerwowe... Koniec świata, mój trud skończony! Olaboga!
Jestem chora, ale chodzę do szkoły. Bo ja nie choruję, tak teoretycznie. Nie chcę mieć zaległości, poza tym wiem jak wygląda dzień siedzenia przeze mnie w domu: komputer. Mówię sama sobie - będę w domu, ale pouczę się na to i na to... Nieważne, i tak wszystko kończy się internetami. Bo internety wciągają. Bezsensowne siedzenie przed ekranem 24 godz. na dobę przeglądając kwejka, blogi, komentując, pisząc, gadając... Wszystko co mi nie jest potrzebne w życiu.
W sumie definicją internetów są koty. Gdziekolwiek się wejdzie: koty. Koty są wszędzie. Koty w parku, koty na osiedlu; dodatkowo: koty na zdjęciach, koty na rysunkach, koty władcami świata... To mnie tak strasznie śmieszy, że zaczynam poruszać ten temat. Czytajcie to raczej z przymrużeniem oka. Ludzie w sieci są po prostu super. Ze zwykłego zwierzęcia domowego można zrobić władcę świata, wszechświata albo i dalej. Pewnie zaczęło się od jednego zdjęcia kota. I chwycili temat - koty wszędzie! Zróbmy koty w kosmosie, w chmurach, latające koty, koty z tęczą, koty lasery, koty zbawcy świata, koty o dziwnych twarzach, koty z serem na głowie, koty kosmonauci, szatańskie koty i boskie koty. Ludzie mają ogromną wyobraźnię!
Co najlepsze, ja wcale nie lubię aż tak bardzo kotów. Tj, nie przeszkadzają mi, bo ogółem kocham zwierzęta. Ale preferuję psy. Są wierniejsze i bardziej przyjazne. Jeśli chcesz pogłaskać psa, on przyjdzie. A kiedy chcesz pogłaskać kota, on zacznie na Ciebie krzyczeć. Dopiero przyjdzie, kiedy on che być głaskany.
Koty to indywidualiści i przy tym strasznie wredne usposobienia! Tylko by się awanturowały haha. Mówię serio, bo koleżanka ma koty i one są dokładnie taki, jak je opisuję.
Kończę temat kotów... po co ja to wszystko pisałam?
Nieważne, teraz bardziej na poważnie - i n f o r m a c j e. Co do moich dwóch innych blogów, postaram się napisać kolejne notki w jak najszybszym tempie.
Przede wszystkim stawiam na Igrzyska, bo chcę już opisywać arenę (a to bardzo daleka droga)! Na Hermionie jak na razie "zbieram" komentarze, bo jest ich stosownie mało w porównaniu do starszych notek. Kolejny post pewnie będzie w weekend (jak zawsze). K o n i e c i n f o r m a c j i .
Na zakończenie tej mojej niespójnej i bezsensownej wypowiedzi wrzucam... co? Koty.
Jestem chora, ale chodzę do szkoły. Bo ja nie choruję, tak teoretycznie. Nie chcę mieć zaległości, poza tym wiem jak wygląda dzień siedzenia przeze mnie w domu: komputer. Mówię sama sobie - będę w domu, ale pouczę się na to i na to... Nieważne, i tak wszystko kończy się internetami. Bo internety wciągają. Bezsensowne siedzenie przed ekranem 24 godz. na dobę przeglądając kwejka, blogi, komentując, pisząc, gadając... Wszystko co mi nie jest potrzebne w życiu.
W sumie definicją internetów są koty. Gdziekolwiek się wejdzie: koty. Koty są wszędzie. Koty w parku, koty na osiedlu; dodatkowo: koty na zdjęciach, koty na rysunkach, koty władcami świata... To mnie tak strasznie śmieszy, że zaczynam poruszać ten temat. Czytajcie to raczej z przymrużeniem oka. Ludzie w sieci są po prostu super. Ze zwykłego zwierzęcia domowego można zrobić władcę świata, wszechświata albo i dalej. Pewnie zaczęło się od jednego zdjęcia kota. I chwycili temat - koty wszędzie! Zróbmy koty w kosmosie, w chmurach, latające koty, koty z tęczą, koty lasery, koty zbawcy świata, koty o dziwnych twarzach, koty z serem na głowie, koty kosmonauci, szatańskie koty i boskie koty. Ludzie mają ogromną wyobraźnię!
Co najlepsze, ja wcale nie lubię aż tak bardzo kotów. Tj, nie przeszkadzają mi, bo ogółem kocham zwierzęta. Ale preferuję psy. Są wierniejsze i bardziej przyjazne. Jeśli chcesz pogłaskać psa, on przyjdzie. A kiedy chcesz pogłaskać kota, on zacznie na Ciebie krzyczeć. Dopiero przyjdzie, kiedy on che być głaskany.
Koty to indywidualiści i przy tym strasznie wredne usposobienia! Tylko by się awanturowały haha. Mówię serio, bo koleżanka ma koty i one są dokładnie taki, jak je opisuję.
Kończę temat kotów... po co ja to wszystko pisałam?
Nieważne, teraz bardziej na poważnie - i n f o r m a c j e. Co do moich dwóch innych blogów, postaram się napisać kolejne notki w jak najszybszym tempie.
Przede wszystkim stawiam na Igrzyska, bo chcę już opisywać arenę (a to bardzo daleka droga)! Na Hermionie jak na razie "zbieram" komentarze, bo jest ich stosownie mało w porównaniu do starszych notek. Kolejny post pewnie będzie w weekend (jak zawsze). K o n i e c i n f o r m a c j i .
Na zakończenie tej mojej niespójnej i bezsensownej wypowiedzi wrzucam... co? Koty.
sobota, 21 września 2013
Chwila na pisanie
Nareszcie weekend. Nie mogłam już wytrzymać w szkole, otaczana wciąż nowymi wykładami, kartkówkami, pracami domowymi... Nauczyciele przesadzili. Na kolejny tydzień również zapowiedzieli nam masę kartkówek. Najgorsze są języki - we wtorek angielskie, w środę niemiecki. Nie znoszę uczyć się słówek. Ja nie potrafię kuć, ja muszę coś zrozumieć. Często, jak mam świetną nauczycielkę, nie muszę nic powtarzać w domu np. do pytania. Po prostu ona wytłumaczyła to tak, że ja zrozumiałam. A słówka... ślęczysz godzinami przy dziwnych wyrazach, których musisz się nauczyć; ich nie da się zrozumieć. Wymyślają różne typy szybkiego uczenia się nowych nazw, ale nie wszystkie są skuteczne. Kiedyś pani przyszła na naszą lekcję w gimnazjum i zapoznała nas z jedną metodą. Mówiła biegle po hiszpańsku, a my nie uczyliśmy się w ogóle tego języka. Zaczęła powtarzać nam kilka słów, które mieliśmy zapamiętać. Przeciętny człowiek skupi się na np. trzech słowach (z dziesięciu) i zapamięta tylko te. Jej metodą było wyobrażanie sobie jakiejś sytuacji związanej ze znaczeniem polskim i, w tym wypadku, hiszpańskim. Brzmi fajnie i da się zapamiętać. Od kilku lat ta metoda pozwala mi na nauczenie się większej ilości słów. Na przykład do dzisiaj pamiętam jedno (tylko jedno :p) słówko z hiszpańskiego: pan - chleb. Za każdym razem widzę bochenek chleba ubrany w garnitur i melonik. Haha, po prostu genialne!
Wszystko kończy się, kiedy obce słowo kompletnie z niczym Ci się nie kojarzy. Nadal z większością mam problem i zawsze zapominam co znaczy annoyed lub distracted, i tym podobne słówka.. Na kartkówce podadzą mi np. roztargniony... Annoyed czy distracted? A może coś zupełnie innego?
Za to niemiecki... to jest bajka. Rodzajniki, TEN spódnica... Albo cudowna nazwa naszego pięknego motylka - Schmetterling. Brzmi jak jakiś obóz pracy czy coś. Niemiecki jest po prostu dziwny.
Kończę mój mały wykład. Na razie jest weekend i chociaż przez pół soboty nie chcę myśleć o szkole. Zacznę sobie powtarzać wieczorem, nie będzie tak źle...
Jeszcze tydzień (troszkę więcej) września, potem październik (mam wycieczkę na 3 dni), listopad (Wszystkich Świętych i 11 Listopada), grudzień i ŚWIĘTA. Wytrzymam. W trakcie tego 2 premiery: "W pierścieniu ognia" i "Hobbit: Pustkowie Smauga".
Wszystko kończy się, kiedy obce słowo kompletnie z niczym Ci się nie kojarzy. Nadal z większością mam problem i zawsze zapominam co znaczy annoyed lub distracted, i tym podobne słówka.. Na kartkówce podadzą mi np. roztargniony... Annoyed czy distracted? A może coś zupełnie innego?
Za to niemiecki... to jest bajka. Rodzajniki, TEN spódnica... Albo cudowna nazwa naszego pięknego motylka - Schmetterling. Brzmi jak jakiś obóz pracy czy coś. Niemiecki jest po prostu dziwny.
Kończę mój mały wykład. Na razie jest weekend i chociaż przez pół soboty nie chcę myśleć o szkole. Zacznę sobie powtarzać wieczorem, nie będzie tak źle...
Jeszcze tydzień (troszkę więcej) września, potem październik (mam wycieczkę na 3 dni), listopad (Wszystkich Świętych i 11 Listopada), grudzień i ŚWIĘTA. Wytrzymam. W trakcie tego 2 premiery: "W pierścieniu ognia" i "Hobbit: Pustkowie Smauga".
wtorek, 10 września 2013
No to zaczynamy
Witam wszystkich bardzo serdecznie. Od kilku miesięcy prowadzę już bloga, więc nie jestem nowa w blogoswerze. Jednak tamten jest tematyczny i raczej nie wyglądałoby ładnie, gdybym zaczęła pisać na nim od rzeczy. Dlatego zakładam drugiego bloga (czyli tego), żeby dzielić się z Wami moimi zwykłymi przemyśleniami na wszelkie dostępne tematy. Ale zacznijmy od początku.
Dlaczego Herbivicus? To zaklęcie z cyklu "Harry Potter". Łatwo można zgadnąć, że się tym interesuję (również ze względu na mój drugi blog - dla zainteresowanych link zamieszczam poniżej).
Posty będą o WSZYSTKIM! Brakowało mi bardzo pisania postów o "niczym". Prowadząc bloga Hermione Granger Style jestem zmuszona do przedstawiania kolejnych strojów Emmy Watson w "Harrym Potterze". Tutaj będę mogła pisać co mi się żywnie podoba. Mam nadzieję, że spodobają Wam się moje "bazgroły".
Serdecznie pozdrawiam wszystkich moich czytelników z bloga o Hermionie i zapraszam do czytania także tego bloga. Trzymajcie się!
Dlaczego Herbivicus? To zaklęcie z cyklu "Harry Potter". Łatwo można zgadnąć, że się tym interesuję (również ze względu na mój drugi blog - dla zainteresowanych link zamieszczam poniżej).
Posty będą o WSZYSTKIM! Brakowało mi bardzo pisania postów o "niczym". Prowadząc bloga Hermione Granger Style jestem zmuszona do przedstawiania kolejnych strojów Emmy Watson w "Harrym Potterze". Tutaj będę mogła pisać co mi się żywnie podoba. Mam nadzieję, że spodobają Wam się moje "bazgroły".
Serdecznie pozdrawiam wszystkich moich czytelników z bloga o Hermionie i zapraszam do czytania także tego bloga. Trzymajcie się!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






































